Czytamy teraz w liturgii pierwszy list św. Jana. Zawsze bardzo lubiłam ten tekst. Ilekroć go czytam, tylekroć odczuwam poryw serca – ku prostocie, ku prawdzie, ku miłości. O Janie mówi się, że spośród ewangelistów ma najbardziej wyrafinowaną teologię, pełną metafor, wzniosłą, najbardziej dojrzałą, bo powstałą już z pewnej perspektywy czasowej. To fakt. A jednak czytając go, karmię moje chrześcijańskie umiłowanie wolności i prostoty. Nawet więcej niż moje umiłowanie wolności – moją wolność karmię po prostu.

Jan w swoim liście pisze przede wszystkim o życiu, o miłości, o byciu jak Bóg, o tym, jak rozpoznać, kto faktycznie Boga poznał i w Nim trwa, a kto jest fałszywym świadkiem, czyli kłamcą po prostu. Jan mówi, że nowina, którą usłyszał od Jezusa jest taka, że Bóg jest światłością i że nie ma w Nim żadnej ciemności, że ten, kto żyje wespół z Bogiem w Jego światłości, jest uwolniony od grzechów.

Ale list Jana to nie jest słodki tekst, który ma nas pogłaskać, dopieścić, zrobić nam dobrze. Tam jest bardzo wiele radykalnych słów, które pokazują, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo, co jest czarne, a co białe.

Jest ktoś, do kogo żywisz urazę, nienawiść? Nie łudź się, nie możesz jednocześnie uważać się za bezgrzesznego. W jednym sercu nie może współistnieć miłość z nienawiścią. Jedno wyklucza drugie. Jeśli więc jest ktoś, do kogo żywisz takie uczucie, to ono oddala cię od Boga, nawet jeśli wydaje ci się, że ta niechęć do kogoś jest dla twojej wiary zupełne bez znaczenia. Nie chodzi o jakąś chwilową złość, bo ktoś cię swoim zachowaniem wyprowadził z równowagi, ale chodzi o trwały stosunek do jakiejś osoby. Nienawiść zżera od środka, jesteś nią tak zaabsorbowany, że nie możesz jednocześnie kochać. Co ciekawe, zwykle nawet tego nie widzisz.

Zdecydowanie ciekawsze są jednak dla mnie słowa Jana, w których pokazuje on niejako drugą stronę tego samego medalu. Jan mówi, że ten, kto kocha swego brata, trwa w światłości i nie może się potknąć. Nam się tu zwykle włącza lampka – tak, tak, ale pamiętaj, że i tak zawsze jesteś grzesznikiem! Myślę, że ta lampka włącza się tym, którzy nie potrafią zanurzyć się w miłości na całego. Ten, kto trwa w światłości nie może się potknąć. Kto trwa w Bogu, nie grzeszy. Spróbuj zatrzymać się na takim stwierdzeniu.

Bardzo istotna jest u Jana weryfikacja naszej deklarowanej wiary. Nie chodzi o to, żeby pięknie mówić, ale żeby rzeczywiście żyć tak, jak pokazał nam Jezus. Mówić właściwie wcale nie trzeba. Boga zna naprawdę ten, kto zachowuje Jego przykazania. Mówić możesz co chcesz, możesz opowiadać o swojej zażyłości z Bogiem niekończące się historie. Zweryfikuje cię jedno wyjście na ulicę – do ludzi. Spotkanie z drugim człowiekiem, to kim się w takim spotkaniu okażesz – sędzią, czy obrońcą; katem, czy miłosiernym bliźnim; raniącym, czy opatrującym rany – to powie o tobie prawdę.

Ci, którzy z Bogiem są naprawdę blisko, niewiele o tym opowiadają.

Piszę to wszystko i mam poczucie, że nie wnosi to niczego nowego. Że wielu z nas już to gdzieś słyszało, albo gdzieś czytało. Że to kolejne rozważanie, które gładko przepłynie przez katolickie uszy, jak zaliczone niedzielne kazanie. Możemy słuchać kazań, czytać Pismo Święte, sięgać nawet do różnych tekstów, książek bardziej lub mniej duchowych, jeździć na rekolekcje, chodzić na spotkania grup modlitewnych … i nic to w naszym życiu nie zmieni.

Chciałoby się powiedzieć: troszczysz się o wiele, a potrzeba tylko jednego.

Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o chrześcijaństwie a życiem chrześcijaństwem. Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o Bogu, a życiem z Nim. To jest taka różnica jak pomiędzy żyć a nie żyć. Dopóki nie zaryzykujesz zaufania Bogu, nigdy się nie dowiesz, co On może ci dać. Możesz o tym poczytać w pobożnych książkach, a nawet w samej Biblii, tylko, że to będzie ciągle poziom dowiadywania się o czymś z bezpiecznej odległości. Możesz zmarnować całe życie na tego rodzaju „poznawanie” Boga. Jeden dzień spędzony z Nim da Ci więcej, niż przeczytanie całej biblioteki watykańskiej. Da Ci osobiste doświadczenie, rzecz niczym niezastępowalną.

Ale coś za coś – doświadczenia nie zdobywa się z książek. Żeby poczuć wiatr wiejący na szczycie góry, trzeba na ten szczyt wejść. Tak, owszem, można się przy tym nieźle poobijać. To nie to samo, co przeczytać relację z wyprawy alpinistów. Czujesz różnicę? Stać cię na takie ryzyko?