Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: „Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!” (Iz 48,17-19)

zdjęcie pochodzi z: www.karmel.pl

W kościele powszechnym dzień Jana od Krzyża ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W klasztorach karmelitańskich to uroczystość. Liturgia podarowała Janowi od Krzyża czytanie z księgi Izajasza – jak co roku, taki czas. Wypadło mu umrzeć 14 grudnia 1591 roku i w związku z tym wspominamy jego odejście do Pana właśnie w okresie Adwentu. A przez Adwent – jak wiadomo – prowadzi nas Izajasz.

O Janie od Krzyża napisano więcej, niż byłaby w stanie pomieścić moja osiedlowa biblioteka. Czasem wydaje mi się, że każdy kto tylko nieco liźnie literatury z dziedziny duchowości, zaraz czuje się uprawniony do komentowania dzieł tego świętego. Mniej chyba jest rozważań o tym, jak to, co ten karmelita pisał, zrealizowało się w jego życiu. I ten, być może niedobór, uzupełnia jakby mimochodem, przewidziany na dzisiaj fragment księgi proroka Izajasza.

„Jam jest Pan, twój Bóg” – pada więc na początek.

Od przyjęcia tych słów rozpoczyna się przygoda z Panem Bogiem. Jana ta przygoda prowadzi do mistyki. Czyli do czego właściwie?

Wielu ludzi słysząc o mistyce i mistykach sztywnieje i wycofuje się kręcąc głową – nie, nie, to nie dla mnie. Jakoś tak się w naszej religijności utarło, że mistykę bierzemy za bujanie w chmurach, duchowe omdlenia, przemieszczanie się płynnie pół metra nad ziemią. Z dzieł napisanych przez wielkich mistyków wydobywamy w ten sposób rzeczy najmniej istotne. Najwięksi mistycy, jakich znam osobiście, to ludzie bardzo mocno stąpający po ziemi i z wyjątkowo trzeźwym osądem rzeczywistości. Mam na myśli osoby znane mi osobiście i aktualnie żyjące. Myślę, że autentyczny mistyk ma w sobie niebywałą pewność i głęboki spokój (patrz: Izajasz), które pozwalają mu widzieć sprawy takimi, jakie one faktycznie są. Widzi więc dobro, tam, gdzie ono jest i widzi zło, tam, gdzie ono jest. Potrafi je nazwać – co ważne – z całkowitym spokojem, bez lęku. Te umiejętności to nie jest mistyka, to są owoce mistyki.

Mistyka natomiast to pewien sposób życia. Taki, w którym Bóg jest wszystkim, Jemu podporządkowane jest wszystko, a cała osoba pozostaje oddana wyłącznie Jemu. Żadnych kompromisów, żadnego wydzielania siebie – trochę Bogu oddam, ale trochę siebie jednak sobie zostawię. Mistyka to sposób życia, w którym Bóg jest stale obecny w świadomości człowieka, co znaczy, że ten człowiek stale się modli, jak to mówią – przylgnął sercem do Boga. Akcentuję to, że chodzi o uświadomioną obecność Boga, bo On jest w naszym życiu obecny zawsze, czy o tym myślimy, czy nie. Ale dopiero jeśli o Nim myślimy, za Nim tęsknimy, do Niego wracamy myślami, Jemu chcemy sprawiać przyjemność – dopiero wtedy rodzi się między nami więź, która silnie wpływa na nasze życie. Ta uświadomiona obecność Boga doprowadza czasem do obopólnego zjednoczenia. Uhuhu, to dopiero!

Mistyka jest sposobem realizacji chrześcijańskiego powołania, bo wszyscy jesteśmy powołani do jedności z Bogiem. Dziwne to więc, że tak wielu z nas reaguje: nie, nie to nie dla mnie. To tylko pokazuje, jak bardzo mało poważnie traktujemy nasze chrześcijaństwo. Ci, którzy odważą się przekroczyć próg „religijnej poprawności” i wejść na wody mistyki, gdzie obowiązuje tylko jedna zasada – zasada miłości – mają bardzo, ale to bardzo pod górkę z „porządnymi chrześcijanami”. Jak i zresztą Jan od Krzyża miał.

„Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!”