zdjęcie pochodzi z: www.osv.com/OSVNewsweekly/Story/TabId/2672/ArtMID/13567/ArticleID/23945/Inspiration-and-Guidance-from-Thomas-Merton.aspx

 

Pewnie każdy ma takie zdanie, taki cytat, który jest dla niego wyjątkowo ważny. Coś, co usłyszał albo przeczytał i dotknęło go tak mocno, że – można powiedzieć – zmieniło jego życie. Słowa, które – choć nie jesteśmy ich autorami – stały się jednak jakby nasze własne. Słowa, z którymi się utożsamiamy. Takie, które wywarły na nas wpływ, ukształtowały nas po trosze.

Takie słowa przeczytałam wiele lat temu w „Nowym posiewie kontemplacji” Thomasa Mertona. Trapista pisze tam tak:

zastanawiam się, czy żyje na świecie choć dwudziestu ludzi, którzy widzą rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Oznaczałoby to, że istnieje dwudziestu ludzi, którzy nie podlegają władzy ani nawet wpływowi jakiegokolwiek przywiązania do rzeczy stworzonej, do własnego «ja» bądź dowolnego daru Boga, nawet do najwyższej z Jego nadprzyrodzonych łask. Nie wierzę, że żyje dwudziestu takich ludzi na świecie. Ale musi być jeden alba dwóch. To właśnie oni utrzymują wszystko w jedności i powstrzymują wszechświat przed rozpadem.

Można się tymi zdaniami zachwycić i pójść dalej. Można też zupełnie nie dostrzec ich głębi.

Mnie te zdania zatrzymały. Są dla mnie esencją świętości. Sercem chrześcijaństwa. Znaczą: być całym dla. A to znaczy: być jak Bóg.

A jednak, gdyby ktoś szukał programu na życie, to odradzałabym obieranie sobie tych słów za program. Miłości nie można sobie obrać za program. Trzeba po prostu kochać. Miłość się sobie nie przygląda. Miłość się dzieje. Tych słów nie można sobie obrać za plan na życie – ale można je otrzymać i przyjąć.

Wielkość Mertona nie polegała na tym, że stał się jak jeden z tych dwóch, o których pisze, że powstrzymują wszechświat przed rozpadem. Jego wielkość polegała na tym, że miał świadomość swojej nędzy. Popełniał błędy i nie krył się z tym. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jest słaby, żeby nie patrzyli na niego z podziwem, na który – w swoim mniemaniu – nie zasługiwał. Był znany i popularny już za życia, co w przypadku mnichów nie zdarza się często. Pisał, wydawano jego książki, wiersze, ludzie je czytali i na tej podstawie kreowali sobie obraz autora. Ale Merton dbał o to, żeby nie był to obraz lukrowany.

Każdy kto ma choć mgliste pojęcie o życiu mnicha wie, jak ważna w tym życiu jest prawda. Począwszy od pierwszych mnichów żyjących od czwartego wieku na pustyniach Egiptu i Syrii, aż po dzisiejsze czasy, każdy z nich wie, że świętość zyskuje się na drodze pokory. Pokora i prawda to jedno i to samo. Znać prawdę o sobie, o swojej słabości, grzeszności, jak mówią, o tym, że samemu niczego naprawdę wartościowego się nie osiągnie, mieć głęboką świadomość swojej całkowitej zależności od Boga, świadomość bycia bez reszty w Jego władzy, w Jego ręku – to jest prawda. I to jest właśnie pokora. Co ważne, nie chodzi o to, żeby to wiedzieć. Chodzi o to, żeby tego doświadczyć. Chodzi o to, żeby w poznawaniu Boga przekroczyć granicę intelektualnych rozważań.

I myślę, że Thomas Merton to zrobił.

Przewrotnie powiem, że jestem wdzięczna Kościołowi za to, że nie wyniósł Thomasa Mertona na ołtarze, nie ogłosił go oficjalnie świętym, pomimo, że wielu ludzi go za takiego uważa. Kościelni hagiografowie doszlifowaliby zapewne życiorys mnicha z Kentucky i przykroili go do jednej z tradycyjnie funkcjonujących form. Prawda o tym mężczyźnie z krwi i kości sporo by na tym straciła.  

Thomas Merton zmarł 10 grudnia 1968 roku. Wczoraj przypadała 50-ta rocznica jego śmierci.