Gorące kakao na stulecie niepodległości

Mały Staś ciągnie pana Henryka za rękaw swetra.

– Dziadku, dziadku! – woła. – To kakao jest za gorące!

– Chodź, podmuchamy obaj, to od razu zrobi się w sam raz do picia – mówi pan Henryk sadowiąc się obok wnuka na kuchennym stołku.

Po chwili dmuchają razem nad kubkiem z parującym czekoladowym napojem. Kubek jest duży, nowy, Staś samodzielnie malował go w przedszkolu na biało-czerwono. Żeby był gotowy na święto, na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wszystkie dzieci w przedszkolu przygotowywały coś na święto.

– Beka zrobiła z bibuły biało-czerwony łańcuch. A Andrij pomalował jedną rękę na biało a drugą na czerwono i na taaaakiej wielkiej kartce odbijał swoje ręce! – opowiada z entuzjazmem Staś.

Beka przyjechała z Syrii, bo tam jest wojna. Razem z mamą i starszym bratem zamieszkali na osiedlu, tuż obok starego warzywniaka. Pani Maria, która prowadzi ten warzywniak od zawsze, powiedziała mamie Beki, że może przychodzić codziennie przed zamknięciem, to Pani Maria da jej trochę warzyw i owoców, z tych, co to się nie sprzedały. Pani Maria zawsze ma we włosach kolorową apaszkę, wpłata ją jakimś tajemniczym pokręconym sposobem w swoje długie siwe loki. Im bardziej kolorowa jest apaszka, tym bardziej Pani Marii się podoba. Teraz nosi z dumą syryjską, bo mama Beki dała jej jedną ze swoich.

Kakao ostygło już na tyle pod podmuchami Stasia i pana Henryka, że dało się w końcu wypić. Staś otarł rękawem bluzy mleczne wąsy pod nosem, po czym pobiegł do przedpokoju, żeby nałożyć buty. Słabo sobie jeszcze radzi ze sznurówkami, więc mama kupiła mu buty zapinane na rzepy i teraz Staś jest dumny, że zakłada swoje buty sam i to najszybciej ze wszystkich dzieciaków w przedszkolnej grupie.

– Idziemy? – oparł ręce na biodrach i wymownie spojrzał w stronę pana Henryka.

– Ależ oczywiście, Stasiu! – pan Henryk podniósł się z kuchennego stołka. – Pogodę mamy dzisiaj jak na zamówienie! Piękne listopadowe słońce.

Z salonu wychyliła się mama Stasia.

– Nie zapomniałeś o czymś? – zwróciła się do syna.

– Oooo, tak, moja flaga! – zawołał uradowany Staś wyjmując z ręki matki małą chorągiewkę w barwach narodowych.

– Wszyscy gotowi? – włączył się do rozmowy Szymon, tata Stasia.

Odpowiedział mu zgodny chór:

– Taaaaaak!!!

– Zatem na marsz ! – zakomenderował, a wszyscy posłusznie wytoczyli się na klatkę schodową.

Na ulicy włączyli się w tłum ciągnący w jednym kierunku. Wszyscy zmierzali na główny plac miasta, na którym zaplanowano uroczyste przemówienia, defiladę wojskową, a potem piknik z gorącą grochówką. Na rogu Pilskiej i Małej rozlokowała się kapela rockowa. „Janek Wiśniewski padł…”
ryczał do mikrofonu czarnowłosy wokalista, a bębniarz tłukł w gary z całych sił, jakby próbował go zagłuszyć.

Dwie ulice dalej, na skwerze, leży fragment wraku samolotu, przed nim palą się znicze, ludzie podchodzą, kładą kwiaty, pochylają głowy, zatrzymują się ze czcią, po czym idą dalej.

Przed budynkiem teatru rozłożyła się orkiestra wojskowa. Grają rotę. Dzieci biegają pomiędzy mundurowymi wymachując biało-czerwonymi chorągiewkami. Słońce przygrzewa. Dochodzi południe.

Wtem bicie dzwonów pobliskiej katedry oznajmia, że jest dwunasta. Wszyscy zatrzymują się tam, gdzie właśnie są i odśpiewują wspólnie hymn narodowy. „Jeszcze Polska nie zginęła…” wydobywa się z tysięcy gardeł. Mury pobliskich kamienic drżą od tego dźwięku. Nawet dzieci przestały ganiać i zatrzymały się u boku swoich rodziców. Gdzieś w tłumie mignęła Beka ze swoją mamą. W oddali powiewa tęczowa flaga. Obok kina grupa młodych chłopaków z wygolonymi głowami stoi na baczność i ryczy chyba najgłośniej ze wszystkich „póki my żyjemy!”. W rękach trzymają niebieskie proporce, każdy z dwunastoma złotymi gwiazdkami.

Na podwyższeniu sceny ustawionej przy pomniku powstańców warszawskich stoją obok siebie prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Andrzej Duda. Obok nich większość premierów, którzy pełnili ten urząd po 1989 roku, nie wszyscy, bo niektórzy już nie żyją. Stoją wśród biało-czerwonych sztandarów.

Gromkie brawa rozbrzmiały po odśpiewaniu hymnu. Polacy bili brawo sobie i swojej Ojczyźnie.

– Chodź Stasiu, pójdziemy teraz do kościoła – powiedziała mama Stasia, ujmując chłopaka za rękę.

– Ale wrócimy jeszcze na piknik, mamo? – woła radośnie Staś.

– Wrócimy, wrócimy, synku. Wieczorem będą tańce, więc sama chętnie przyjdę – uśmiecha się rzucając zalotne spojrzenie w kierunku męża.

W kościele za ołtarzem koncelebrują wspólnie trzej biskupi: jeden z białą stułą, drugi w bogato zdobionej miskowatej mitrze, którą u góry wieńczy ikona i trzeci w mitrze w kształcie stożka, pokrytej jedwabiem i tkanej złotą nicią. Kiedy wspólnie konsekrują Ciało Pańskie, wszyscy w kościele przyklękają. Pan Henryk czuje ból w lewym ramieniu. „Oj, przewiało dziadka” – mruczy pod nosem. Ramię boli, ale inaczej niż od przewiania, raczej tak, jakby je ktoś szarpał.

– Henryk, na litość Boską! Wstawajże, ileż można spać! – pani Jadwiga poszturchuje męża w lewe ramię. – Kakao ci przygotowałam do śniadania.

Ten dziwny Bóg

 

Dziś w liturgii dwa ważne teksty. Starochrześcijańska pieśń wprowadzona przez św. Pawła do listu do Filipian – słynny hymn o kenozie Boga w osobie Jezusa. (Flp 2,5-11) Kenosis – ogołocenie. Jeśli patrzymy na krzyż, to  widzimy na nim ogołocenie już nie tylko w przenośni, ale i w realu. Nagi jest. Jaki jest nasz Bóg każdy widzi. Czy na pewno?

Drugi dzisiejszy tekst może nam co nieco podpowiedzieć. Jaki ten nasz Bóg jest.

Przygotował ucztę, zaprasza na nią wielu, czyli wszystkich. W pierwszej kolejności zwraca się do tych, których zna i uważa za przyjaciół. Ale oni się wymigują, nie chcą przyjść. Widać nie tacy z nich przyjaciele, jak myślał. (Łk 14,15-24). Wtedy się wścieka. Normalne. Wykosztowałeś się, napracowałeś się, zaangażowałeś wiele osób do pomocy, cieszyłeś się na myśl o spotkaniu z bliskimi ci ludźmi, a twoim podobno-przyjaciołom się nie chce. Dalej już nie jest normalnie. Bo kto z nas wystawiony do wiatru przez najbliższych zwróciłby się do obcych, innych, którzy na co dzień pozostają poza orbitą naszych relacji? Zaprosiłby do domu pierwszych lepszych napotkanych na ulicy? Jasne, kultura się zmieniła. Nasze czasy różnią się od tych biblijnych. Ale uwaga. Także wtedy, dwa tysiące lat temu, pomysł zapraszania do domu włóczęgów, żebraków, chorych i innych społecznych wyrzutków był niedorzeczny.

Jaka więc jest właściwie wymowa tego tekstu? Jakiego Boga w nim spotykamy?

Ja spotykam takiego, który się poniża, zupełnie odsłania, ogałaca, który ignoruje społeczne konwenanse i nie boi się spotkania z drugim człowiekiem. Nie brzydzi się, nawet, jeśli ten drugi jest bezdomny, jakoś fizycznie niedoskonały, niedomyty, a może i nie całkiem trzeźwy. Spotykam takiego Boga, który nie zatrzymuje człowieka w progu, żeby zapytać, czy chodził co niedzielę do kościoła, nie pyta, czy sypiał z kimś innym niż własna żona, nie pyta, czy kiedyś ukradł bułkę, nie pyta, czy chodził na filmy Smarzowskiego, nie pyta nawet, czy zdarzyło mu się wątpić w Jego istnienie. Przyjmuje każdego, jeśli tylko chce przyjść.

Nie spotkałam zbyt wielu ludzi, którzy potrafiliby podobnie.

 

Ps.

Żeby nie było – nie namawiam do niechodzenia do kościoła, sypiania z kim popadnie i łamania innych przykazań. Ufam, że to jest jasne.

Słuchajmy papieża Franciszka

 

Niedawna rocznica wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową stałą się okazją m.in. do tego, by po raz kolejny uderzyć się w piersi i przyznać, że nie znamy nauczania Jana Pawła II. Co jakiś czas pojawiają się tego rodzaju stwierdzenia w prasie, czy zwyczajnie – w codziennych rozmowach. I faktycznie, przykre to, że pewnie niewielu Polaków czytało encykliki, adhortacje, listy, książki … naszego papieża. Karol Wojtyła, a potem Jan Paweł II zostawił sporą spuściznę. Papieżem był przez 27 lat, było więc sporo czasu, by go słuchać na bieżąco, może czasem sięgnąć po jakiś dokument. Być może faktycznie przespaliśmy trochę ten czas. Czy można to jakoś nadrobić? Tego nie wiem. Ale myślę, że jeśli ktoś odczuwa dzisiaj potrzebę zatrzymania się nad którymś z tekstów Jana Pawła II, to niech nie marnuje ani chwili, niech to robi. Zawsze warto iść za poruszeniem serca, które odczuwa pociąg, by jakiś tekst czy problem zgłębić.

Czytać samemu w zaciszu domowym zawsze można. Ale chodzi mi bardziej o to, żeby odpowiedzieć na potrzebę wspólnego pochylenia się nad pismami Jana Pawła II. Przecież można zaproponować powołanie takiej grupy przy jednej czy drugiej parafii. Myślę, że prawie każdy wikary poradzi sobie z poprowadzeniem tego rodzaju spotkań. I nie chodzi mi o jakieś odgórne zarządzenie, które nałoży na proboszczów urzędowy obowiązek zorganizowania w parafii grupy, która zajmowałaby się poznawaniem nauczania Jana Pawła II. Ale chodzi mi o takie zwyczajne zareagowanie na potrzebę. Jeśli też ktoś ze świeckich taką potrzebę odczuwa, to niech pójdzie do proboszcza i podzieli się tą swoją potrzebą. Może się okaże, że będzie takich głosów więcej, a proboszcz podejdzie do pomysłu przychylnie.

Niechże ludzie mają okazję usiąść wspólnie przy stole w salce parafialnej i pochylić się nad tekstem papieża Polaka. Niech wypiją razem herbatę, przegryzą ciastkiem i poczytają wspólnie  Redemptor hominis czy Ut unum sint. Może faktycznie, ci, co przegapili ten długi pontyfikat, chcieliby teraz poczytać Jana Pawła II.  Zresztą, zawsze warto.

Zachęcam też do tego, żeby słuchać i czytać papieża Franciszka. Znam co najmniej jedną grupę ludzi, którzy spotykają się, by wspólnie czytać jego teksty. Żeby nie przespać tego czasu, kiedy jest z nami.

Postawmy na przykazanie miłości

 

W jednej z relacji z obrad Synodu o młodzieży przeczytałam, że niektórzy biskupi nie godzą się, by na Synodzie używać określenia LGBT, ponieważ – jak twierdzą – oznacza ono określoną ideologię polityczną. Zaproponowali, by w zamian używać określenia: „osoby zainteresowane osobami tej samej płci”. Myślałam, że ten spór mamy już w Kościele za sobą. Naprawdę ktoś jeszcze rozumie język, jakim posługują się niektórzy kościelni hierarchowie?

Kiedyś znajomy zapytał mnie, dlaczego on ma się zwracać do kogoś per ksiądz? Znajomy jest niewierzący i z jego punktu widzenia, nazywanie kogoś księdzem czy biskupem jest również wyrazem określonej ideologii…

Gdyby zwrócić się do geja per: „osobo zainteresowana osobami tej samej płci” podejrzewam, że najpierw długo by myślał, o co właściwie chodzi, a potem pewnie by sobie poszedł.

Ojcowie synodalni, sformułujecie na Synodzie nową naukę Kościoła o osobach zainteresowanych osobami tej samej płci? Lesbijki i geje mogą się nie zorientować, że to o nich chodzi.

Z innej z kolei relacji prasowej wynikało, że uczestnicy Synodu obawiali się postulatów ze strony młodzieży, by zmienić kościelne nauczanie zawarte w Encyklice Humanae Vitae Pawła VI. Okazało się jednak, że takie postulaty się nie pojawiły, a na pewno nie stały się dominujące. Humanae Vitae z 1968 roku formułuje m.in. zakaz używania środków antykoncepcyjnych. Czy nie jest tak, że młodzieży obecnej na Synodzie w Rzymie ta sprawa już nie interesuje? Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu pewnie warto byłoby o tym rozmawiać. Tymczasem dorosło pokolenie, dla którego pigułka antykoncepcyjna czy prezerwatywa są oczywistością. Kościół dramatycznie rozminął się z rzeczywistością w temacie regulacji poczęć.

Trochę podobne mam odczucia, gdy pojawia się w relacjach synodalnych tzw. kwestia kobieca. Naprawdę nie chcę być przedmiotem dyskusji o roli kobiety w Kościele. Ja w tym Kościele jestem po prostu człowiekiem. Nie chcę, aby opisywano moją role i tworzono jakąś nową teologię kobiety (chciałabym natomiast usłyszeć, że dotychczasowa jest niepełna). Owszem, biskupi powinni znać potrzeby, frustracje i radości współczesnych kobiet. Najlepiej z doświadczenia, tzn. z bezpośrednich kontaktów z kobietami. Podobnie zresztą, jeśli chodzi o mężczyzn. Ich problemy życia codziennego biskupi też powinni znać. Toż to wszystko owce, które w biskupie mają mieć swojego pasterza. A dobry pasterz zna swoje owce.

Na koniec podzielę się refleksją nieco bardziej ogólnej natury. Otóż wydaje mi się, że Kościół zbyt drobiazgowo chce zajmować się wszystkim. Mam wrażenie, że chciałby jasno mówić mi, co i jak mam myśleć niemal w każdej sprawie – właściwie to nie wiem, czy wtedy można jeszcze mówić o myśleniu. Znam ludzi, którzy w obliczu wątpliwości zwyczajnie pytają księdza, co mówi Kościół w tej sprawie i co oni mają zrobić. A potem robią, co im ksiądz powiedział. Nie mnie oceniać, czy to jest lepsze od samodzielnego myślenia. Zapytam natomiast, jak to się ma do osobistego sumienia, w zgodzie z którym przecież osoba wierząca powinna dokonywać w swoim życiu wyborów? A co, jeśli wierzący nie używa sumienia? Powstało w naszym Kościele tyle przepisów, nakazów i zakazów, że chyba prześcignęliśmy już Izraelitów z ich Prawem mojżeszowym. Ta ilość szczegółowego nauczania siłą rzeczy sprawia, że sięgamy po gotową odpowiedź, zamiast samemu pomyśleć. Zatraciliśmy umiejętność rozeznawania (nie, nie przypadkiem używam tego słowa). Katolicyzm stał się za bardzo legalistyczny, a za mało ewangeliczny.

Nauczanie w kwestiach szczegółowych wymaga niekiedy korekty – rozwój nauki i szerzej – cywilizacji w ogóle – sprawia, że Kościół koryguje swój stosunek do niewolnictwa, do ludzi innych wyznań, koryguje nauczanie o kobietach, o małżeństwie. Czasem przy okazji przeprasza za swoje wcześniejsze postępowanie. Tak jak przepraszał za dyskryminację kobiet, za niechęć wobec Żydów, za odmawianie wolności wyznawania wiary innej niż katolicka. Tak jak pewnie kiedyś przeprosi osoby homoseksualne. Tak jak musiałby przeprosić miliony kobiet, gdyby zdecydował się jednak skorygować restrykcyjną Encyklikę Humanae Vitae. Dzisiaj czytam w relacji z trwającego w Rzymie Synodu, że biskup Paolo Bizzeti mówi: „Jako rodzina ludzka, ale też jako Kościół musimy poprosić młodzież o wybaczenie. Stworzyliśmy bowiem świat, w którym trudno jej żyć”.

Cóż.

Jak to się stało, że wspólnota, która powinna kształtować oblicze świata, również moralne oblicze świata, została za tym światem daleko w tyle i z ledwością próbuje za nim nadążyć? Tak było na przykład z równouprawnieniem kobiet. To świecki świat pokazał Kościołowi, że kobieta jest równa mężczyźnie i przyznał jej m.in. prawo głosu w wyborach (Polki uzyskały je jako jedne z pierwszych w 1918 roku), podczas gdy Kościół jeszcze w 1930 roku potępiał emancypację kobiet (Casti Connubii Piusa XI).

Może trzeba by zrezygnować z tak jurydycznego formułowania nauczania i wrócić do formy bardziej ewangelicznej? Kształtować sumienia, a nie je wyręczać? Nie mnożyć przepisów, tylko uczyć kochać? Zresztą, nie jest to jakiś odkrywczy pomysł. To samo podpowiadał już sobór watykański II zwracając się silnie ku Pismu Świętemu i nauczaniu Ojców Kościoła, kierunkując się w pierwszym rzędzie na potrzeby duszpasterskie, a nie dogmatyczne. Na to samo wskazuje nieustannie papież Franciszek (jego słynne „rozeznawanie”, jego adhortacja o powołaniu do świętości Gaudete et exsultate).

Powinniśmy postawić rzeczywiście na pierwszym miejscu przykazanie, o którym sam Jezus powiedział, że nie ma większego nad nie:

«Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych». (Mk 12, 29-31)

Jak zwykle na odwrót

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”. On Mu odpowiedział: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: «Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego». Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: „Któż więc może być zbawiony?” Jezus popatrzył na nich i rzekł: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”. Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym”. (Mk 10, 17-30)

 

Ewangelia z ostatniej niedzieli. Trochę już oswoiliśmy wiadomość, że bogactwo utrudnia wejście do królestwa Bożego. Wiemy, że nie tyle samo posiadanie bogactw, ile nasz do nich stosunek ma tutaj znaczenie. Można mieć wiele, ale nie być do tych dóbr przywiązanym i wtedy bogactwo nie jest przeszkodą w wejściu do królestwa Bożego. Nie chodzi więc o dobra materialne jako takie, ale o nasze serce, chodzi o to, żeby było wolne od wszystkiego, wolne wyłącznie dla Boga. Niby to wiemy i pewnie nam się wydaje, że właśnie jesteśmy w taki sposób wolni, więc nic złego nam nie grozi i zmierzamy prosto do nieba. Myślę, że wielu z nas bardzo się myli w tej ocenie samych siebie.

To, co mnie w tym tekście zatrzymuje, to reakcja uczniów na słowa Jezusa. Oni się przerazili słysząc, że trudno jest wejść do królestwa Bożego tym, którzy mają dostatki. Ich reakcja jest świeża. Nikt dotąd nie mówił im takich rzeczy. Zarówno oni sami jak i wszyscy znani im ludzie dążyli w swoim życiu do tego, by zgromadzić jak najwięcej, żaby zabezpieczyć sobie byt, żeby „coś w życiu osiągnąć”. A tu nagle przychodzi ktoś i mówi im, że pragną czegoś, co jest dla nich wielkim zagrożeniem. To ich przeraża, uderza w ich sposób myślenia i rozumienia świata.

Dopytują się, jak to będzie z nimi, skoro oni zostawili wszystko i poszli za Jezusem. I słyszą w odpowiedzi, że tacy jak oni dostają stokroć więcej, … pośród prześladowań. Łatwo nam umyka ten szczegół.

Nieustannie zderzam się w Ewangeliach z Jezusowym myśleniem odwrotnym. Nieustannie mnie ono zachwyca. Zatrzymuję się na tych fragmentach, żeby chłonąć ten sposób myślenia. Żeby nie przysnąć, żeby nie osiąść w wygodnych: „zawsze tak było”, „wszyscy tak robią”.

Nigdy nie baw się w Pana Boga

 

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego to dla mnie film o ludziach, o ludzkich dramatach, o samotności, wódzie, gnojstwie, o tym, że zło w świecie zawsze ma jakieś imię – ktoś je komuś wyrządza, uruchamiając – świadomie czy nie – spiralę zła. To film, który pokazuje, że rzadko – jeśli w ogóle – zdarzają się nam w życiu sytuacje czarno-białe, a ludzie są albo dobrzy albo źli. Zazwyczaj jednak jest szarawo, my jesteśmy szarawi, ja jestem. Wierzę, że większość z nas jest dobrymi ludźmi. Co nie zmienia faktu, że czasem popełniamy zło, krzywdzimy siebie albo kogoś innego. Czasem wybory, których dokonujemy są trudne i tylko my sami wiemy, jak bardzo trudne. Ktoś patrząc z boku może ocenić naszą decyzję jako złą i chcieć nas za nią linczować. Gdyby znał nas lepiej, być może spojrzałby na to, co robimy z nieco większym zrozumieniem. Zło pozostaje złem. Jeśli je popełniamy, ponosimy za nie odpowiedzialność. To jest jasne. Chodzi mi natomiast o to, że bardzo często krzywdzicielem jest ten, który wcześniej sam został skrzywdzony. Chyba nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć o sobie, że nigdy nikomu nie wyrządził żadnej krzywdy. W tym sensie, uważam, że wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni za zło w świecie. Smarzowski pokazuje ten mechanizm w swoim filmie bardzo dobrze. Być może właśnie dlatego wychodzimy z kina milcząc.

Nie będę się odnosić do obrazu kościoła, jaki pokazuje nam „Kler”, bo nic mnie w tym obrazie nie zaskakuje. Wszystko to o kościele wiem – z własnego doświadczenia, z opowieści znajomych lub z mediów. Kościół taki jest i – moim zdaniem – nie ma co na ten temat dyskutować. Czy mnie to gorszy? Nie. Boli mnie to, ale nie gorszy.

„Kler” nie jest filmem dokumentalnym, to jest fabuła, historia wymyślona. Ale to jest fabuła zrobiona w sposób bardzo dobry, bardzo dobrze osadzona w realiach, oddająca klimat zarówno wielkomiejskiej kurii jak i biednej wiejskiej parafii. No i genialna gra aktorska. Wszystko to sprawia, że gładko wchodzę w tę opowieść, nic mi tutaj nie zgrzyta.

Historie czterech księży, z których tylko jeden nie wzbudza we mnie żadnej sympatii – biskup Mordowicz, grany przez Janusza Gajosa. To jest typ od początku do końca bezrefleksyjny, odporny na wszelkie dylematy moralne. Tak go odbieram.

Trzech pozostałych księży, to już bardzo ciekawe, zupełnie nie jednowymiarowe postaci.

Ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz) mieszka na wiejskiej plebanii. Jest sam, tak bardzo sam, że nie dziwi mnie specjalnie, kiedy się okazuje, że pije, i to ostro. Plebania wygląda zresztą jak mieszkanie alkoholika – w lodówce wódka i serek topiony. Ksiądz Trybus wdaje się w romans, z którego poczyna się dziecko. Dobrze widać w filmie, że ta sytuacja dużo go kosztuje. Miota się – najpierw chce, żeby Hanka (Joanna Kulig) dziecko usunęła, potem pędzi za nią na łeb na szyję na Słowację, żeby wyciągnąć ją ostatecznie z kliniki aborcyjnej. W końcu decyduje się odejść z kapłaństwa i zostać z Hanką, jej córką i dzieckiem, które dopiero się urodzi. Wszystko to okupione jest nerwami, dylematami, strachem – Więckiewicz oddaje to bardzo dobrze. Mam potępić księdza Trybusa? Przepraszam, ale nie potrafię. Owszem, został księdzem, co wiąże się z życiem w celibacie. I nie udało mu się wytrwać. To źle? Oczywiście, że źle. Ale szanuję go za to, że w końcu, w pogmatwanej sytuacji, do której sam doprowadził i za którą jest odpowiedzialny – podejmuje męską decyzję, żeby zaopiekować się rodziną, którą założył. Dla mężczyzny po 40-tce, który nigdy nie pracował zawodowo, raczej nie ma wielkich oszczędności i – poza znajomością na pamięć Pisma Świętego – nie bardzo może się pochwalić jakimiś umiejętnościami, nie jest to łatwa decyzja. Nie pochwalam tego, że jako ksiądz wdał się w romans i spłodził dziecko. Szanuję go za to, że bierze za to odpowiedzialność, za to, że nie tkwi w nieskończoność w hipokryzji i podwójnym życiu – księdza i męża-ojca jednocześnie.

Ksiądz Leszek Lisowski (Jacek Braciak) to kolejna niejednoznaczna postać w filmie Smarzowskiego. Przez długi czas poznajemy go głównie jako zimnego drania, który jest wysoko postawioną osobą w kurii i nie ma dla niego rzeczy nie do załatwienia. Ksiądz-biznesmen, ustawia milionowe przetargi, płaci łapówki, wszędzie ma znajomości, wielu ludzi coś mu zawdzięcza, więc może się do nich zwracać o przysługi. Postać chłodna, kamienna twarz, bez emocji. Lisowski zachowuje się jak mechaniczny człowiek – telefon w środku nocy? Po prostu odbiera go, wstaje i wychodzi załatwić, co trzeba. Jest taki, do czasu wizyty w bidulu, w którym kiedyś sam się wychowywał. I to jest dla zrozumienia tej postaci, moim zdaniem, kluczowy fragment filmu. Lisowski przyjeżdża do bidula, żeby doprowadzić do sprzedaży chłopca niemieckiej rodzinie. Mamy tu więc handel dziećmi, absolutne dno moralne, można by powiedzieć. Poza tym, przestępstwo. Tylko, że kiedy Lisowski siada na swoim łóżku z czasów dzieciństwa oglądamy na ekranie jego wspomnienia. Lisowski płacze. I pewnie niejeden widz w kinie też. Okazuje się więc, że nie jest to człowiek wyzuty z emocji, tylko człowiek tak głęboko zraniony, że swoje emocje ukrył, szczelnie opakował, tak, żeby już nikt więcej go nie zranił. Handluje dziećmi z tego bidula. Widzieliście, jak się w tym bidulu żyje? Naprawdę uważacie, że to moralnie jednoznaczna sytuacja? Tak, to prawda – nie wolno handlować dziećmi. A wolno pozwolić, żeby żyły w takich warunkach?

Kiedy oglądałam „Kler”, od jakiegoś momentu zaczęłam czuć się współodpowiedzialna za to, co widzę na ekranie. Nie filmowo, oczywiście, tylko w realu. Bo kiedy z ust filmowego księdza słyszę, że kościół to niby wspólnota, a nie ma do kogo gęby otworzyć, to biorę to trochę jednak do siebie, bo wiem, że tak faktycznie jest. Ja też w tym kościele jestem i może mogłabym być nieco bardziej dla innych, choćby po to, żeby mieli do kogo gębę otworzyć. O warunkach życia w niektórych bidulach nie wspomnę.

Postać księdza Andrzeja Kukuły (Arkadiusz Jakubik) też nie jest czarno-biała. To nie jest tak po prostu zły pedofil i już. Smarzowski pokazuje dramat tego księdza na wiele sposobów. Widzimy, jak Kukuła siedzi w wannie i zawiesza się w jakichś traumatycznych wspomnieniach. Potem poznajemy te jego wspomnienia, kiedy opowiada o nich z ambony swoim parafianom. Widzimy jak ludzie, którzy chwilę wcześniej chcieli go zatłuc siekierami, teraz płaczą i siedzą skamienieli w kościelnych ławkach. Kukuła skrzywdził ministranta? Tak. Ale jego też ktoś kiedyś skrzywdził. Czy to go usprawiedliwia? Nie. To po prostu każe mi myśleć: przerwij ten łańcuch zła, nie krzywdź ludzi.

Apogeum jest ostatnia scena filmu, kiedy ksiądz Kukuła oblewa się benzyną i podpala się w tłumie wiernych obecnych na nabożeństwie. Sami katolicy wokół. I nikt mu nie pomaga. Wszyscy miotają się dookoła jak obłąkani, aby w końcu odsunąć się na bezpieczną odległość i patrzeć jak płonie człowiek. Ta scena jest nakręcona w taki sposób, że ja siedząc w kinowym fotelu, zaczynam się czuć jak uczestnik tego tłumu, który patrzy na płonącego człowieka. Wy nie?

Stąd moja refleksja po „Klerze” Smarzowskiego jest taka:

Nigdy nie baw się w Pana Boga, nie osądzaj drugiego człowieka, bo nie wiesz, co w nim do końca siedzi. Osąd zostaw Panu Bogu. Jest za to wiele innych rzeczy, które możesz zrobić.

Iskierka życia

Z mojego bywania w parafialnym kościele wynoszę doświadczenie braku życia. Zaryzykuję ocenę, że spotykam się tam z brakiem wiary, po prostu. Ludzie przychodzą, siadają w ławkach – miejsca jest sporo, spokojnie wystarcza dla każdego, kto chce usiąść. Potem słuchają kazania o tym, jak powinien wyglądać dobry związek małżeński, o tym, że ludzie dzisiaj pobierają się późno albo wcale; najpierw chcą zdobyć awans zawodowy, mieszkanie itp., a o małżeństwie zamierzają pomyśleć dopiero wtedy, jak już będą mieli to wszystko. A to przecież powinno być odwrotnie – zamożność, awanse zawodowe, mieszkanie i inne dobra powinno się gromadzić wspólnie, będąc małżonkami – słychać z ambony. Średnia wieku osób słuchających tego kazania sięga sześćdziesiątki. Kaznodzieja orientuje się w pewnym momencie, że trafia kulą w płot, więc co drugie zdanie dodaje: wy to już wiecie. Ale kazania nie zmienia, brnie dalej. Do kogo to mówi? Kogo te słowa mają zbudować, wzmocnić w wierze? Trudno stwierdzić. Ale jeszcze bardziej smutne jest to, że prawdopodobnie niewielu z obecnych na tej mszy świętej postawiłoby podobne pytania. Przyszli… w sumie nie wiem, dlaczego.

Opowiem o dwóch momentach, kiedy doświadczyłam przejawów życia w moim parafialnym kościele. Jeden z nich wydarzył się już parę lat temu. Przed wieczorną niedzielną mszą świętą wyszedł ksiądz i zwrócił się do obecnych z pytaniem, czy ktoś by przeczytał czytania. Wtedy w parafii bywałam bardzo rzadko, więc uznałam, że miejscowi mają pierwszeństwo. Poza jedną dziewczyną, nikt się jednak nie zgłosił. Podniosłam się więc i podeszłam do tej dziewczyny i księdza, który nas instruował, które czytanie czytamy, gdzie się mamy ukłonić itd. Potem ona przeczytała pierwsze czytanie, a ja drugie. I podczas tego mojego czytania wydarzyła się rzecz niesamowita – z ambonki widziałam, jak ludzie w kościele się budzą. Naprawdę, zapanowało poruszenie. Chyba po raz pierwszy od nie wiem jak dawna, naprawdę usłyszeli słowa Pisma czytane w liturgii. Przepraszam, ale miałam skojarzenie z pewną sceną z drugiej części Władcy Pierścieni. W tej scenie król Rohanu Theoden siedzi na swoim tronie pogrążony w letargu, niemal uśpiony, przygnieciony przez depresję, lęki i bezsilność. Nagle pojawia się Gandalf Biały, który budzi go z tego letargu i król w jednej chwili odzyskuje siły, podnosi się z tronu i staje na czele swojego ludu, by poprowadzić go na wojnę przeciwko Sauronowi. Podobne przebudzenie zapanowało wtedy w kościele. Po mszy, kiedy już wychodziliśmy z kościoła, podeszła do mnie dziewczynka, miała może ze 13 lat i powiedziała: to pani czytała? Bardzo mi się podobało.

Nadmienię, że nie czytałam stojąc na głowie, nie klaskałam przy tym uszami, ani nie śpiewałam operowym sopranem. Czytałam po prostu tekst ze zrozumieniem. I spoglądałam od czasu do czasu na tych, dla których czytałam. To wszystko.

Naprawdę, tak niewiele czasem trzeba.

Druga sytuacja zdarzyła się niedawno, w tym samym parafialnym kościele. Znak pokoju przekazuje się tu najczęściej poprzez skinienie głową z bezpiecznej odległości, najlepiej w nie całkiem określonym kierunku. Jeśli już wyciągniesz do kogoś rękę to napotkasz zwiędnięty nadgarstek i wzrok odwrócony gdzieś w bok, żeby – broń Boże! – nie spojrzeć mi w twarz. Otóż zdarzyło się ostatnio, że w ławce przede mną siedział mężczyzna, w wieku raczej rzadko widywanym w moim parafialnym kościele, bo po 30-tce. Do tego przystojniak. Na znak pokoju odkiwnął głową na kiwnięcia sąsiadów, a potem odwrócił się za siebie i napotkał mnie. A ja wyciągnęłam do niego rękę i uśmiechnęłam się mówiąc: pokój z tobą. Jakbyście widzieli tę radość na jego twarzy! Żywy człowiek spotkał w kościele żywego człowieka! Taka radość!

Ostatnio kolega mówił mi, że przeprowadza taki eksperyment – uśmiecha się do ludzi na ulicy. I był szczerze uradowany, że to działa – ludzie odwzajemniają jego uśmiech. Ja też to robię, od dawna. I też mam takie doświadczenie, że to działa. Czasem nawet jest zabawnie, bo odnoszę wrażenie, że ktoś oduśmiechuje się do mnie i jednocześnie szuka nerwowo w głowie: skąd ja ją znam?

Że to niewiele wywołać uśmiech na twarzy drugiego człowieka? Wybudzić choć na chwilę z letargu?

Może i niewiele. Mnie wystarcza. Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili.

Bez zbędnych pytań

„Tak powiedział mi Pan: „Idź i kup sobie lniany pas, i włóż go sobie na biodra, ale nie kładź go do wody!” I kupiłem pas zgodnie z rozkazem Pańskim, i włożyłem go sobie na biodra. Po raz drugi otrzymałem polecenie Pańskie: „Weź pas, który kupiłeś, a który nosisz na biodrach, wstań i idź nad Eufrat, i schowaj go tam w rozpadlinie skały!” Poszedłem i ukryłem go nad Eufratem, jak mi rozkazał Pan. Po upływie wielu dni rzekł do mnie Pan: „Wstań i idź nad Eufrat, i zabierz stamtąd pas, który ci kazałem ukryć”. I poszedłem nad Eufrat, odszukałem i wyciągnąłem pas z miejsca,  w którym go ukryłem, a oto pas zbutwiał i nie nadawał się do niczego. I skierował Pan do mnie następujące słowo: „Tak mówi Pan: Tak oto zniszczę pychę Judy i bezgraniczną pychę Jerozolimy. Przewrotny ten naród odmawia posłuszeństwa moim słowom, postępując według swego zatwardziałego serca; ugania się za cudzymi bogami, by im służyć i oddawać cześć – niech więc się stanie jak ten pas, który nie nadaje się do niczego. Albowiem jak przylega pas do bioder mężczyzny, tak przygarnąłem do siebie cały dom Izraela i cały dom Judy – mówi Pan – by były moim narodem, moją sławą, moim zaszczytem i moją dumą. Ale oni Mnie nie słuchali”.   (Jr 13, 1-11)

Ciekawe są te słowa. Morał wydaje się być w miarę oczywisty, ukryty jest w końcówce tego tekstu. Pas, który przylega do bioder mężczyzny symbolizuje lud Boży – lud Boży, czyli tych, co przylgnęli do Boga, tak jak pas do bioder mężczyzny. Pas na biodrach nie niszczeje. Spełnia swoją funkcję. Również zdobi. Można nawet powiedzieć, że sam zyskuje, bo na biodrach prezentuje się dużo lepiej niż gdzieś w szafie. Zyskuje też człowiek, który go nosi, bo pas jest ozdobą, która podkreśla urodę.

Podobnie jest z człowiekiem. Ten, który jest blisko Boga staje się piękny. O niektórych świętych mówiono, że promieniowali wręcz przedziwnym blaskiem. Nie takie to znowu dziwne. Obecność Kochającego sprawia, że czujemy się bezpieczni, żyjemy bez lęku, pozwalamy sobie na bycie dobrymi bez oglądania się na to, co pomyślą inni. Pokój promieniuje z nas wtedy niemal jak światło.

Bóg przygarnia nas, byśmy byli Jego sławą, Jego zaszczytem i Jego dumą. Gdzieś głęboko w nas jest jednak mały hamulec, który nas przytrzymuje i nie pozwala w to uwierzyć. Prawdziwa wiara zaczyna się tam, gdzie zwolnisz ten hamulec.

Wtedy możliwe są takie rzeczy, o jakich opowiada Jeremiasz w początkowych słowach tego dzisiejszego fragmentu. Idź i kup sobie pas – mówi Pan. I Jeremiasz idzie i kupuje. Nie pyta, po co. Nie mówi, że to bez sensu. Idzie i kupuje. A potem zakłada go na biodra i nosi. Mija jakiś czas, pewnie więcej niż dzień czy dwa. Można by pomyśleć, że Pan Bóg już o tym pasie zupełnie zapomniał. A mimo to Jeremiasz nie pyta: po co to było? O co właściwie Panu Bogu chodziło? Po prostu chodzi z tym pasem na biodrach. Pewnego dnia Pan wraca jednak do tematu i mówi: idź nad rzekę i schowaj tam pas w rozpadlinie skały. I znowu Jeremiasz po prostu idzie i nie zadaje żadnych pytań. Zostawia pas nad rzeką.

Upłynęło wiele dni – mówi księga – zanim Bóg wrócił do tej sprawy. Ostatecznie okazało się, że jednak o coś Panu Bogu w tym wszystkim chodziło, cała ta historia zmierzała do ukazania jakiegoś sensu – tego sensu o pięknie człowieka żyjącego w jedności ze swym Stwórcą. Ale na początku Jeremiasz tego nie wiedział. Bez zadawania pytań po prostu robił, co mu Pan polecił. Może dlatego, że miał już niejakie doświadczenie w służbie Bogu. Nie pierwszy raz przecież usłyszał polecenie z pozoru absurdalne. Ale już przez to przechodził, wiedział, że Pan posługuje się nim, jak posłańcem, swoim narzędziem – i wiedział, że Mu na to pozwolił. Dlatego nie pyta o sens polecenia, po prostu je wykonuje.

Trudne? Jak cholera. Chociaż najbardziej chyba za pierwszym razem.

Na co nie masz czasu?

 

Truizmem jest mówienie, że żyjemy w czasach bardzo szybkich, jesteśmy zabiegani, na nic nie mamy czasu. Świat oferuje nam dzisiaj tyle możliwości zagospodarowania naszego czasu, że skorzystanie choćby z części z nich wypełnia nam całe życie po brzegi. Można pojechać właściwie wszędzie, mamy samoloty, które przeniosą nas w kilka godzin w dowolne miejsce na świecie. Można nawet nigdzie nie jadąc przenieść się gdzie indziej za pomocą telewizji – po prostu przyciskasz pilota i siedząc we własnym fotelu zwiedzasz świat. W tym czasie robi się ciasto na pierogi, bo masz robota kuchennego i robi się pranie, bo masz pralkę automatyczną. Nawet ogródek podlewa się sam, bo masz zraszacz zasilany energią elektryczną. Żeby to wszystko kupić, musisz sporo pracować, żeby kupić więcej, musisz pracować jeszcze więcej. A przecież tyle jeszcze jest do zobaczenia, pojechania, kupienia …

Kogo nie spotkasz, to się skarży, że brakuje mu czasu.

Na co właściwie brakuje ci czasu?

To jest ważne pytanie. Bo poczucie zabiegania nie oznacza od razu, że omija cię w życiu coś ważnego. Jesteś zajęty. Ale może właśnie tym, co dla ciebie najważniejsze?

 

Nic się nie zmieniło

Mamy tyle samo czasu, co nasi przodkowie, którzy żyli w jaskiniach. Obstawiam, że oni też narzekali. Na nadmiar wolnego czasu. Na nudę. Na to, że wszystko trzeba ręcznie robić. Że po mięso trzeba iść do lasu i je sobie upolować, a człowiek teraz by zjadł, bo już głodny. Że fajnie by było zobaczyć, co jest za sąsiednią wyspą, ale nie ma się tam jak dostać, bo łódka z pnia drzewa roztrzaska się na falach oceanu. Że człowiek by czasem na urlop pojechał, odetchnąć od teściowej, którą ma ciągle na karku, ale nie wymyślono jeszcze urlopu …

Oni mieli za dużo wolnego czasu, my mamy go za mało. Może ci, co przyjdą po nas zlikwidują w ogóle czas i też będą narzekać – że kiedyś to można było w weekend dłużej pospać, a teraz nie ma weekendu ani nie ma „dłużej”, bo czas już nie istnieje…

Może problem nie tkwi w tym, co na zewnątrz nas? Może nie chodzi o to, czy czegoś mamy za dużo, czy za mało? Może po prostu nie potrafimy się zwyczajnie cieszyć, tym co mamy. Zrzędliwi jesteśmy i trudno nam dogodzić. Jak swego czasu Izraelitom – w Egipcie było im źle, bo musieli ciężko pracować i byli tam obywatelami drugiej kategorii. Jak z Egiptu, z Bożą pomocą uciekli, to za niedługo znaleźli nowy powód do narzekania – no bo jak długo można jeść mannę, która sama spada z nieba!

Człowiek to dziwny gatunek.

Słowa pożyczone

Posłużę się dzisiaj słowami Jana z Wałaamu, które nie tak dawno dały mnie samej odpowiedzi na pytania, które stawiałam, przypomniały o tym, o czym jakoś chwilowo zapomniałam i pomogły stanąć na nogi. Starzec Jan pisze listy do swojej duchowej podopiecznej, przytoczę tu jeden z nich. Podzielę go po swojemu i dorzucę swoje dwa słowa.

Trzy ważne sprawy w tym jednym, krótkim liście się pojawiają.

 

Nie jesteś aniołem

„Pokój Tobie i Boże błogosławieństwo!

Nie trać ducha, czuwaj, módl się do Pana i proś Go o pomoc. Nawet jeśli czasami odezwiesz się do X. niegrzecznie – cóż robić, nie bądź małoduszna. Nie jesteś przecież Aniołem, właściwością człowieka jest rozgniewać się; staraj się jednak znosić jej słabości, a Pan zniesie twoje. Nie pesz się, że czasami nachodzą cię żądze cielesne, to naturalne, jedynie łaska Pana może z nich wyzwolić. Wszakże wiem, że będą one dawać o sobie znać aż do grobu, nawet starość nie jest od nich wolna.”

Kiedy zdarza mi się upaść, zwykle pojawia się uczucie zniecierpliwienia, rozczarowania sobą samą. Beznadziejna jestem, znowu nie dałam rady. Potem przychodzi myśl, że trzeba będzie pójść z tym do spowiedzi. Tej myśli towarzyszy z kolei wstyd. Jakże to tak pójść i się się do tego przyznać. Taki wstyd! Ja tak nisko upadłam! Jak mogłam do tego dopuścić?

To jest pycha. Myśleć o sobie, że potrafi się żyć bez grzechu to jest pycha. JA nie dałam rady. Pycha i małoduszność.

Tylko, że Bóg tak na nas nie patrzy. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, posądzanie Boga o to, że oczekuje od nas nieskazitelności jest zupełnie bez sensu. Gdyby tak było, stawiałby przed nami zadanie niewykonalne. Bóg, który miałby wobec nas takie oczekiwania, nie patrzyłby spokojnie jak mordujemy Jego Syna, którego posłał, żeby nauczył nas kochać… Musi więc chodzić o coś innego.

Znowu trzeba spojrzeć po Bożemu, nie po ludzku.

 

Pokora, czyli prawda o sobie

„Tak, życie duchowe jest złożone, wymaga głębokiej pokory, rozsądkiem się go nie pojmie, a jedynie przez doświadczenie. Osiągnąć to mogą ci, którzy starają się żyć zgodnie z radami Świętych Ojców.”

Chodzi o to, żeby mieć to osobiste doświadczenie. Żeby nie bać się wejść w zażyłość z Jezusem z tego fałszywego powodu, że jakoby grzesznikowi nie wypada. Jeśli nie stchórzysz i nie dasz się zwieść własnej pysze, ale pomimo swej grzeszności pozwolisz sobie na to, by się do Jezusa zbliżyć, dopiero wtedy zrozumiesz jak działa Boża logika. Wtedy będziesz miał własne doświadczenie. Wtedy zrozumiesz, czym tak naprawdę jest pokora, zwyczajnie prawdą. Pokora to prawda, która otwiera ci oczy na ciebie, na to, kim rzeczywiście jesteś i otwiera ci oczy na Boga, na twoje miejsce przed Nim. To twoje miejsce przed Bogiem nie jest jakieś gorsze. Ono jest dla ciebie najlepsze. Miejsce, które Pan przeznaczył tylko tobie. Twoje własne miejsce przed Bogiem.

Jeśli nie zaryzykujesz, nigdy się nie dowiesz jak to jest zawierzyć swoje życie Bogu. Nikt ci tego nie opowie, w żadnej książce o tym nie przeczytasz – rzecz w tym, że to musi być twoje własne doświadczenie.

 

Ty się sobą zajmij

„Jeśli ktoś poprosi cię o radę, odpowiedz, że tak, ale wcześniej pomódl się wewnętrznie i zdaj się na wolę Boga. Mów prosto, nie mędrkuj, nie staraj się wpływać, jeśli ma ona (twoja rada – J.R.) przynieść korzyść, łaska Boża to uczyni. X. duchowo jest jak niemowlę, trzeba karmić ją mlekiem. Cierpliwie słuchaj, co mówi, kiedy wszystko wypowie, zrobi jej się lżej. Powiedz jej, żeby nie zwracała uwagi na innych i nie śledziła ich słabości, gdyż każdy sam za siebie odpowiadać będzie przed Bogiem. Niech każdy sam porządkuje swoje sprawy. Nie ma takiego przykazania, żeby od innych wymagać miłości i sumiennego życia. Niech o innych troszczą się ci, których Opatrzność Boska do tego wyznaczyła.”

Nie ma takiego przykazania, żeby od innych wymagać miłości i sumiennego życia. Powierzono ci twoje życie i nim się powinieneś zająć. Zadbaj o to, żeby tego daru nie zmarnować. Innych zostaw im samym, bo na siłę nikogo nie zbawisz. Każdy musi o swoje zbawienie zadbać sam. Trzeba po prostu chcieć. A nie da się chcieć za kogoś.

Jeśli ktoś cię poprosi o radę, powiedz, że tak. Ale nigdy nie udzielaj rad nie proszony. Każdy, kto naprawdę dotknął Bożej łaski wie, że prowadzenie ku Bogu to działka Ducha Świętego. A ty lepiej zrobisz, jeśli się sobą zajmiesz.