Stać cię?

Czytamy teraz w liturgii pierwszy list św. Jana. Zawsze bardzo lubiłam ten tekst. Ilekroć go czytam, tylekroć odczuwam poryw serca – ku prostocie, ku prawdzie, ku miłości. O Janie mówi się, że spośród ewangelistów ma najbardziej wyrafinowaną teologię, pełną metafor, wzniosłą, najbardziej dojrzałą, bo powstałą już z pewnej perspektywy czasowej. To fakt. A jednak czytając go, karmię moje chrześcijańskie umiłowanie wolności i prostoty. Nawet więcej niż moje umiłowanie wolności – moją wolność karmię po prostu.

Jan w swoim liście pisze przede wszystkim o życiu, o miłości, o byciu jak Bóg, o tym, jak rozpoznać, kto faktycznie Boga poznał i w Nim trwa, a kto jest fałszywym świadkiem, czyli kłamcą po prostu. Jan mówi, że nowina, którą usłyszał od Jezusa jest taka, że Bóg jest światłością i że nie ma w Nim żadnej ciemności, że ten, kto żyje wespół z Bogiem w Jego światłości, jest uwolniony od grzechów.

Ale list Jana to nie jest słodki tekst, który ma nas pogłaskać, dopieścić, zrobić nam dobrze. Tam jest bardzo wiele radykalnych słów, które pokazują, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo, co jest czarne, a co białe.

Jest ktoś, do kogo żywisz urazę, nienawiść? Nie łudź się, nie możesz jednocześnie uważać się za bezgrzesznego. W jednym sercu nie może współistnieć miłość z nienawiścią. Jedno wyklucza drugie. Jeśli więc jest ktoś, do kogo żywisz takie uczucie, to ono oddala cię od Boga, nawet jeśli wydaje ci się, że ta niechęć do kogoś jest dla twojej wiary zupełne bez znaczenia. Nie chodzi o jakąś chwilową złość, bo ktoś cię swoim zachowaniem wyprowadził z równowagi, ale chodzi o trwały stosunek do jakiejś osoby. Nienawiść zżera od środka, jesteś nią tak zaabsorbowany, że nie możesz jednocześnie kochać. Co ciekawe, zwykle nawet tego nie widzisz.

Zdecydowanie ciekawsze są jednak dla mnie słowa Jana, w których pokazuje on niejako drugą stronę tego samego medalu. Jan mówi, że ten, kto kocha swego brata, trwa w światłości i nie może się potknąć. Nam się tu zwykle włącza lampka – tak, tak, ale pamiętaj, że i tak zawsze jesteś grzesznikiem! Myślę, że ta lampka włącza się tym, którzy nie potrafią zanurzyć się w miłości na całego. Ten, kto trwa w światłości nie może się potknąć. Kto trwa w Bogu, nie grzeszy. Spróbuj zatrzymać się na takim stwierdzeniu.

Bardzo istotna jest u Jana weryfikacja naszej deklarowanej wiary. Nie chodzi o to, żeby pięknie mówić, ale żeby rzeczywiście żyć tak, jak pokazał nam Jezus. Mówić właściwie wcale nie trzeba. Boga zna naprawdę ten, kto zachowuje Jego przykazania. Mówić możesz co chcesz, możesz opowiadać o swojej zażyłości z Bogiem niekończące się historie. Zweryfikuje cię jedno wyjście na ulicę – do ludzi. Spotkanie z drugim człowiekiem, to kim się w takim spotkaniu okażesz – sędzią, czy obrońcą; katem, czy miłosiernym bliźnim; raniącym, czy opatrującym rany – to powie o tobie prawdę.

Ci, którzy z Bogiem są naprawdę blisko, niewiele o tym opowiadają.

Piszę to wszystko i mam poczucie, że nie wnosi to niczego nowego. Że wielu z nas już to gdzieś słyszało, albo gdzieś czytało. Że to kolejne rozważanie, które gładko przepłynie przez katolickie uszy, jak zaliczone niedzielne kazanie. Możemy słuchać kazań, czytać Pismo Święte, sięgać nawet do różnych tekstów, książek bardziej lub mniej duchowych, jeździć na rekolekcje, chodzić na spotkania grup modlitewnych … i nic to w naszym życiu nie zmieni.

Chciałoby się powiedzieć: troszczysz się o wiele, a potrzeba tylko jednego.

Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o chrześcijaństwie a życiem chrześcijaństwem. Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o Bogu, a życiem z Nim. To jest taka różnica jak pomiędzy żyć a nie żyć. Dopóki nie zaryzykujesz zaufania Bogu, nigdy się nie dowiesz, co On może ci dać. Możesz o tym poczytać w pobożnych książkach, a nawet w samej Biblii, tylko, że to będzie ciągle poziom dowiadywania się o czymś z bezpiecznej odległości. Możesz zmarnować całe życie na tego rodzaju „poznawanie” Boga. Jeden dzień spędzony z Nim da Ci więcej, niż przeczytanie całej biblioteki watykańskiej. Da Ci osobiste doświadczenie, rzecz niczym niezastępowalną.

Ale coś za coś – doświadczenia nie zdobywa się z książek. Żeby poczuć wiatr wiejący na szczycie góry, trzeba na ten szczyt wejść. Tak, owszem, można się przy tym nieźle poobijać. To nie to samo, co przeczytać relację z wyprawy alpinistów. Czujesz różnicę? Stać cię na takie ryzyko?

Taki Izajasz dla Jana od Krzyża

Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: „Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!” (Iz 48,17-19)

zdjęcie pochodzi z: www.karmel.pl

W kościele powszechnym dzień Jana od Krzyża ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W klasztorach karmelitańskich to uroczystość. Liturgia podarowała Janowi od Krzyża czytanie z księgi Izajasza – jak co roku, taki czas. Wypadło mu umrzeć 14 grudnia 1591 roku i w związku z tym wspominamy jego odejście do Pana właśnie w okresie Adwentu. A przez Adwent – jak wiadomo – prowadzi nas Izajasz.

O Janie od Krzyża napisano więcej, niż byłaby w stanie pomieścić moja osiedlowa biblioteka. Czasem wydaje mi się, że każdy kto tylko nieco liźnie literatury z dziedziny duchowości, zaraz czuje się uprawniony do komentowania dzieł tego świętego. Mniej chyba jest rozważań o tym, jak to, co ten karmelita pisał, zrealizowało się w jego życiu. I ten, być może niedobór, uzupełnia jakby mimochodem, przewidziany na dzisiaj fragment księgi proroka Izajasza.

„Jam jest Pan, twój Bóg” – pada więc na początek.

Od przyjęcia tych słów rozpoczyna się przygoda z Panem Bogiem. Jana ta przygoda prowadzi do mistyki. Czyli do czego właściwie?

Wielu ludzi słysząc o mistyce i mistykach sztywnieje i wycofuje się kręcąc głową – nie, nie, to nie dla mnie. Jakoś tak się w naszej religijności utarło, że mistykę bierzemy za bujanie w chmurach, duchowe omdlenia, przemieszczanie się płynnie pół metra nad ziemią. Z dzieł napisanych przez wielkich mistyków wydobywamy w ten sposób rzeczy najmniej istotne. Najwięksi mistycy, jakich znam osobiście, to ludzie bardzo mocno stąpający po ziemi i z wyjątkowo trzeźwym osądem rzeczywistości. Mam na myśli osoby znane mi osobiście i aktualnie żyjące. Myślę, że autentyczny mistyk ma w sobie niebywałą pewność i głęboki spokój (patrz: Izajasz), które pozwalają mu widzieć sprawy takimi, jakie one faktycznie są. Widzi więc dobro, tam, gdzie ono jest i widzi zło, tam, gdzie ono jest. Potrafi je nazwać – co ważne – z całkowitym spokojem, bez lęku. Te umiejętności to nie jest mistyka, to są owoce mistyki.

Mistyka natomiast to pewien sposób życia. Taki, w którym Bóg jest wszystkim, Jemu podporządkowane jest wszystko, a cała osoba pozostaje oddana wyłącznie Jemu. Żadnych kompromisów, żadnego wydzielania siebie – trochę Bogu oddam, ale trochę siebie jednak sobie zostawię. Mistyka to sposób życia, w którym Bóg jest stale obecny w świadomości człowieka, co znaczy, że ten człowiek stale się modli, jak to mówią – przylgnął sercem do Boga. Akcentuję to, że chodzi o uświadomioną obecność Boga, bo On jest w naszym życiu obecny zawsze, czy o tym myślimy, czy nie. Ale dopiero jeśli o Nim myślimy, za Nim tęsknimy, do Niego wracamy myślami, Jemu chcemy sprawiać przyjemność – dopiero wtedy rodzi się między nami więź, która silnie wpływa na nasze życie. Ta uświadomiona obecność Boga doprowadza czasem do obopólnego zjednoczenia. Uhuhu, to dopiero!

Mistyka jest sposobem realizacji chrześcijańskiego powołania, bo wszyscy jesteśmy powołani do jedności z Bogiem. Dziwne to więc, że tak wielu z nas reaguje: nie, nie to nie dla mnie. To tylko pokazuje, jak bardzo mało poważnie traktujemy nasze chrześcijaństwo. Ci, którzy odważą się przekroczyć próg „religijnej poprawności” i wejść na wody mistyki, gdzie obowiązuje tylko jedna zasada – zasada miłości – mają bardzo, ale to bardzo pod górkę z „porządnymi chrześcijanami”. Jak i zresztą Jan od Krzyża miał.

„Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!”

Mój przyjaciel Thomas Merton

zdjęcie pochodzi z: www.osv.com/OSVNewsweekly/Story/TabId/2672/ArtMID/13567/ArticleID/23945/Inspiration-and-Guidance-from-Thomas-Merton.aspx

 

Pewnie każdy ma takie zdanie, taki cytat, który jest dla niego wyjątkowo ważny. Coś, co usłyszał albo przeczytał i dotknęło go tak mocno, że – można powiedzieć – zmieniło jego życie. Słowa, które – choć nie jesteśmy ich autorami – stały się jednak jakby nasze własne. Słowa, z którymi się utożsamiamy. Takie, które wywarły na nas wpływ, ukształtowały nas po trosze.

Takie słowa przeczytałam wiele lat temu w „Nowym posiewie kontemplacji” Thomasa Mertona. Trapista pisze tam tak:

zastanawiam się, czy żyje na świecie choć dwudziestu ludzi, którzy widzą rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Oznaczałoby to, że istnieje dwudziestu ludzi, którzy nie podlegają władzy ani nawet wpływowi jakiegokolwiek przywiązania do rzeczy stworzonej, do własnego «ja» bądź dowolnego daru Boga, nawet do najwyższej z Jego nadprzyrodzonych łask. Nie wierzę, że żyje dwudziestu takich ludzi na świecie. Ale musi być jeden alba dwóch. To właśnie oni utrzymują wszystko w jedności i powstrzymują wszechświat przed rozpadem.

Można się tymi zdaniami zachwycić i pójść dalej. Można też zupełnie nie dostrzec ich głębi.

Mnie te zdania zatrzymały. Są dla mnie esencją świętości. Sercem chrześcijaństwa. Znaczą: być całym dla. A to znaczy: być jak Bóg.

A jednak, gdyby ktoś szukał programu na życie, to odradzałabym obieranie sobie tych słów za program. Miłości nie można sobie obrać za program. Trzeba po prostu kochać. Miłość się sobie nie przygląda. Miłość się dzieje. Tych słów nie można sobie obrać za plan na życie – ale można je otrzymać i przyjąć.

Wielkość Mertona nie polegała na tym, że stał się jak jeden z tych dwóch, o których pisze, że powstrzymują wszechświat przed rozpadem. Jego wielkość polegała na tym, że miał świadomość swojej nędzy. Popełniał błędy i nie krył się z tym. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jest słaby, żeby nie patrzyli na niego z podziwem, na który – w swoim mniemaniu – nie zasługiwał. Był znany i popularny już za życia, co w przypadku mnichów nie zdarza się często. Pisał, wydawano jego książki, wiersze, ludzie je czytali i na tej podstawie kreowali sobie obraz autora. Ale Merton dbał o to, żeby nie był to obraz lukrowany.

Każdy kto ma choć mgliste pojęcie o życiu mnicha wie, jak ważna w tym życiu jest prawda. Począwszy od pierwszych mnichów żyjących od czwartego wieku na pustyniach Egiptu i Syrii, aż po dzisiejsze czasy, każdy z nich wie, że świętość zyskuje się na drodze pokory. Pokora i prawda to jedno i to samo. Znać prawdę o sobie, o swojej słabości, grzeszności, jak mówią, o tym, że samemu niczego naprawdę wartościowego się nie osiągnie, mieć głęboką świadomość swojej całkowitej zależności od Boga, świadomość bycia bez reszty w Jego władzy, w Jego ręku – to jest prawda. I to jest właśnie pokora. Co ważne, nie chodzi o to, żeby to wiedzieć. Chodzi o to, żeby tego doświadczyć. Chodzi o to, żeby w poznawaniu Boga przekroczyć granicę intelektualnych rozważań.

I myślę, że Thomas Merton to zrobił.

Przewrotnie powiem, że jestem wdzięczna Kościołowi za to, że nie wyniósł Thomasa Mertona na ołtarze, nie ogłosił go oficjalnie świętym, pomimo, że wielu ludzi go za takiego uważa. Kościelni hagiografowie doszlifowaliby zapewne życiorys mnicha z Kentucky i przykroili go do jednej z tradycyjnie funkcjonujących form. Prawda o tym mężczyźnie z krwi i kości sporo by na tym straciła.  

Thomas Merton zmarł 10 grudnia 1968 roku. Wczoraj przypadała 50-ta rocznica jego śmierci.

Dlaczego zabrakło jednego zdania?

 

Pierwszy piątek Wielkiego Postu będzie odtąd dniem modlitwy wynagradzającej oraz postu we wszystkich naszych diecezjach – ogłosili wczoraj polscy biskupi. Podczas zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski biskupi przyjęli i opublikowali stanowisko w sprawie nadużyć seksualnych wobec nieletnich, których dopuścili się polscy duchowni.

Komunikat utrzymany jest w tonie podobnym do wypowiedzi papieskich oraz słów padających z ust biskupów w innych krajach. Duży nacisk kładzie się w nim na to, że grzech jednego członka Kościoła rani całą wspólnotę. Z tej właśnie teologicznej zasady wynika wezwanie skierowane do całej wspólnoty polskiego Kościoła – wiernych świeckich, kapłanów, osób konsekrowanych oraz członków zakonów kontemplacyjnych  – wezwanie do wzmożonej modlitwy i pokuty w intencji ofiar wykorzystania seksualnego i ich rodzin. Modlitwą mamy też ogarniać osoby duchowne żyjące niemoralnie i wyrządzające krzywdę dzieciom i młodzieży, a także ludzi, których gorszące czyny księży głęboko ranią (por. Komunikat KEP). Modlimy się za innych, a inni modlą się za nas. Takie rozumienie Kościoła jest zgodne z teologią Pawłową, rozwijaną również przez Ojców Kościoła w pierwszych wiekach chrześcijaństwa (m.in. przez Cyryla z Aleksandrii) i będącą w Kościele żywą do dzisiaj: wszyscy (jako Kościół) jesteśmy w Chrystusie jednym Ciałem. „Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki”. (1 Kor, 26) Wzywanie do postu i modlitwy za grzechy naszych braci w Kościele nie powinno więc nikogo dziwić, więcej – powinniśmy się nim szczerze przejąć i modlitwę oraz post podjąć.

W dokumencie KEP znalazło się też PRZEPRASZAM polskiego Episkopatu skierowane do ofiar nadużyć oraz ich rodzin. To ważne słowa i dobrze, że padły.

Są natomiast w komunikacie KEP dwie rzeczy, które dziwią.

Pierwsza z nich, to stwierdzenie, że „aby dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów (pedofilii) i ocenić ich skalę, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych danych”.

Dopiero teraz? Problem jest znany w Kościele od wielu lat. Osiem lat temu (2010) Papież Benedykt XVI wystosował pamiętny List pasterski do katolików w Irlandii, z którego zresztą polscy biskupi (prawie) dokładnie cytują jeden fragment. Dwa lata temu oglądaliśmy na ekranach kin film „Spotlight” opowiadający na sposób sfabularyzowany o aferze pedofilskiej w kościele diecezji bostońskiej (USA), aferze z lat 70-tych XX wieku. Mieliśmy też rodzimą produkcję – „Kler” (2018).  Latem tego roku (2018) poznaliśmy raport na temat pedofilii wśród duchownych w Stanach Zjednoczonych – dokument, który powstawał przez półtora roku. Po drodze był też List do Ludu Bożego Papieża Franciszka (2018) i liczne artykuły prasowe i materiały dziennikarskie, które pojawiają się z różną częstotliwością od kilku lat. Naprawdę Episkopat Polski dopiero rozpoczyna zbieranie danych, które mogłyby pozwolić określić przyczyny i skalę przestępstw seksualnych popełnionych na nieletnich przez osoby duchowne, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych? Dlaczego tak późno?

Druga rzecz, która w komunikacie KEP dziwi to pominięcie jednego zdania w cytacie zaczerpniętym z Listu Benedykta XVI do Irlandczyków. Polscy biskupi posiłkują się cytatem z papieża Benedykta, kiedy zwracają się do sprawców przestępstw pedofilskich. Papież w ostrych słowach zarzuca sprawcom, że zdradzili młodych ludzi i ich rodziny oraz wzywa sprawców do podjęcia rachunku sumienia, mówi, że sami utracili szacunek w społeczności, a także okryli wstydem i hańbą swoich współbraci.

Ten fragment Listu do Irlandczyków niemal dosłownie pojawia się w dokumencie KEP w punkcie piątym zatytułowanym „Słowo do sprawców”. Niemal dosłownie – zabrakło w nim bowiem jednego zdania. Tego, w którym Benedykt XVI zwraca się do przestępców seksualnych na nieletnich tymi słowami: Musicie za to odpowiedzieć przed Bogiem wszechmogącym, a także przed odpowiednio powołanymi do tego sądami.

Dlaczego pominięto to zdanie w polskim dokumencie?

Gorące kakao na stulecie niepodległości

Mały Staś ciągnie pana Henryka za rękaw swetra.

– Dziadku, dziadku! – woła. – To kakao jest za gorące!

– Chodź, podmuchamy obaj, to od razu zrobi się w sam raz do picia – mówi pan Henryk sadowiąc się obok wnuka na kuchennym stołku.

Po chwili dmuchają razem nad kubkiem z parującym czekoladowym napojem. Kubek jest duży, nowy, Staś samodzielnie malował go w przedszkolu na biało-czerwono. Żeby był gotowy na święto, na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wszystkie dzieci w przedszkolu przygotowywały coś na święto.

– Beka zrobiła z bibuły biało-czerwony łańcuch. A Andrij pomalował jedną rękę na biało a drugą na czerwono i na taaaakiej wielkiej kartce odbijał swoje ręce! – opowiada z entuzjazmem Staś.

Beka przyjechała z Syrii, bo tam jest wojna. Razem z mamą i starszym bratem zamieszkali na osiedlu, tuż obok starego warzywniaka. Pani Maria, która prowadzi ten warzywniak od zawsze, powiedziała mamie Beki, że może przychodzić codziennie przed zamknięciem, to Pani Maria da jej trochę warzyw i owoców, z tych, co to się nie sprzedały. Pani Maria zawsze ma we włosach kolorową apaszkę, wpłata ją jakimś tajemniczym pokręconym sposobem w swoje długie siwe loki. Im bardziej kolorowa jest apaszka, tym bardziej Pani Marii się podoba. Teraz nosi z dumą syryjską, bo mama Beki dała jej jedną ze swoich.

Kakao ostygło już na tyle pod podmuchami Stasia i pana Henryka, że dało się w końcu wypić. Staś otarł rękawem bluzy mleczne wąsy pod nosem, po czym pobiegł do przedpokoju, żeby nałożyć buty. Słabo sobie jeszcze radzi ze sznurówkami, więc mama kupiła mu buty zapinane na rzepy i teraz Staś jest dumny, że zakłada swoje buty sam i to najszybciej ze wszystkich dzieciaków w przedszkolnej grupie.

– Idziemy? – oparł ręce na biodrach i wymownie spojrzał w stronę pana Henryka.

– Ależ oczywiście, Stasiu! – pan Henryk podniósł się z kuchennego stołka. – Pogodę mamy dzisiaj jak na zamówienie! Piękne listopadowe słońce.

Z salonu wychyliła się mama Stasia.

– Nie zapomniałeś o czymś? – zwróciła się do syna.

– Oooo, tak, moja flaga! – zawołał uradowany Staś wyjmując z ręki matki małą chorągiewkę w barwach narodowych.

– Wszyscy gotowi? – włączył się do rozmowy Szymon, tata Stasia.

Odpowiedział mu zgodny chór:

– Taaaaaak!!!

– Zatem na marsz ! – zakomenderował, a wszyscy posłusznie wytoczyli się na klatkę schodową.

Na ulicy włączyli się w tłum ciągnący w jednym kierunku. Wszyscy zmierzali na główny plac miasta, na którym zaplanowano uroczyste przemówienia, defiladę wojskową, a potem piknik z gorącą grochówką. Na rogu Pilskiej i Małej rozlokowała się kapela rockowa. „Janek Wiśniewski padł…”
ryczał do mikrofonu czarnowłosy wokalista, a bębniarz tłukł w gary z całych sił, jakby próbował go zagłuszyć.

Dwie ulice dalej, na skwerze, leży fragment wraku samolotu, przed nim palą się znicze, ludzie podchodzą, kładą kwiaty, pochylają głowy, zatrzymują się ze czcią, po czym idą dalej.

Przed budynkiem teatru rozłożyła się orkiestra wojskowa. Grają rotę. Dzieci biegają pomiędzy mundurowymi wymachując biało-czerwonymi chorągiewkami. Słońce przygrzewa. Dochodzi południe.

Wtem bicie dzwonów pobliskiej katedry oznajmia, że jest dwunasta. Wszyscy zatrzymują się tam, gdzie właśnie są i odśpiewują wspólnie hymn narodowy. „Jeszcze Polska nie zginęła…” wydobywa się z tysięcy gardeł. Mury pobliskich kamienic drżą od tego dźwięku. Nawet dzieci przestały ganiać i zatrzymały się u boku swoich rodziców. Gdzieś w tłumie mignęła Beka ze swoją mamą. W oddali powiewa tęczowa flaga. Obok kina grupa młodych chłopaków z wygolonymi głowami stoi na baczność i ryczy chyba najgłośniej ze wszystkich „póki my żyjemy!”. W rękach trzymają niebieskie proporce, każdy z dwunastoma złotymi gwiazdkami.

Na podwyższeniu sceny ustawionej przy pomniku powstańców warszawskich stoją obok siebie prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Andrzej Duda. Obok nich większość premierów, którzy pełnili ten urząd po 1989 roku, nie wszyscy, bo niektórzy już nie żyją. Stoją wśród biało-czerwonych sztandarów.

Gromkie brawa rozbrzmiały po odśpiewaniu hymnu. Polacy bili brawo sobie i swojej Ojczyźnie.

– Chodź Stasiu, pójdziemy teraz do kościoła – powiedziała mama Stasia, ujmując chłopaka za rękę.

– Ale wrócimy jeszcze na piknik, mamo? – woła radośnie Staś.

– Wrócimy, wrócimy, synku. Wieczorem będą tańce, więc sama chętnie przyjdę – uśmiecha się rzucając zalotne spojrzenie w kierunku męża.

W kościele za ołtarzem koncelebrują wspólnie trzej biskupi: jeden z białą stułą, drugi w bogato zdobionej miskowatej mitrze, którą u góry wieńczy ikona i trzeci w mitrze w kształcie stożka, pokrytej jedwabiem i tkanej złotą nicią. Kiedy wspólnie konsekrują Ciało Pańskie, wszyscy w kościele przyklękają. Pan Henryk czuje ból w lewym ramieniu. „Oj, przewiało dziadka” – mruczy pod nosem. Ramię boli, ale inaczej niż od przewiania, raczej tak, jakby je ktoś szarpał.

– Henryk, na litość Boską! Wstawajże, ileż można spać! – pani Jadwiga poszturchuje męża w lewe ramię. – Kakao ci przygotowałam do śniadania.

Ten dziwny Bóg

 

Dziś w liturgii dwa ważne teksty. Starochrześcijańska pieśń wprowadzona przez św. Pawła do listu do Filipian – słynny hymn o kenozie Boga w osobie Jezusa. (Flp 2,5-11) Kenosis – ogołocenie. Jeśli patrzymy na krzyż, to  widzimy na nim ogołocenie już nie tylko w przenośni, ale i w realu. Nagi jest. Jaki jest nasz Bóg każdy widzi. Czy na pewno?

Drugi dzisiejszy tekst może nam co nieco podpowiedzieć. Jaki ten nasz Bóg jest.

Przygotował ucztę, zaprasza na nią wielu, czyli wszystkich. W pierwszej kolejności zwraca się do tych, których zna i uważa za przyjaciół. Ale oni się wymigują, nie chcą przyjść. Widać nie tacy z nich przyjaciele, jak myślał. (Łk 14,15-24). Wtedy się wścieka. Normalne. Wykosztowałeś się, napracowałeś się, zaangażowałeś wiele osób do pomocy, cieszyłeś się na myśl o spotkaniu z bliskimi ci ludźmi, a twoim podobno-przyjaciołom się nie chce. Dalej już nie jest normalnie. Bo kto z nas wystawiony do wiatru przez najbliższych zwróciłby się do obcych, innych, którzy na co dzień pozostają poza orbitą naszych relacji? Zaprosiłby do domu pierwszych lepszych napotkanych na ulicy? Jasne, kultura się zmieniła. Nasze czasy różnią się od tych biblijnych. Ale uwaga. Także wtedy, dwa tysiące lat temu, pomysł zapraszania do domu włóczęgów, żebraków, chorych i innych społecznych wyrzutków był niedorzeczny.

Jaka więc jest właściwie wymowa tego tekstu? Jakiego Boga w nim spotykamy?

Ja spotykam takiego, który się poniża, zupełnie odsłania, ogałaca, który ignoruje społeczne konwenanse i nie boi się spotkania z drugim człowiekiem. Nie brzydzi się, nawet, jeśli ten drugi jest bezdomny, jakoś fizycznie niedoskonały, niedomyty, a może i nie całkiem trzeźwy. Spotykam takiego Boga, który nie zatrzymuje człowieka w progu, żeby zapytać, czy chodził co niedzielę do kościoła, nie pyta, czy sypiał z kimś innym niż własna żona, nie pyta, czy kiedyś ukradł bułkę, nie pyta, czy chodził na filmy Smarzowskiego, nie pyta nawet, czy zdarzyło mu się wątpić w Jego istnienie. Przyjmuje każdego, jeśli tylko chce przyjść.

Nie spotkałam zbyt wielu ludzi, którzy potrafiliby podobnie.

 

Ps.

Żeby nie było – nie namawiam do niechodzenia do kościoła, sypiania z kim popadnie i łamania innych przykazań. Ufam, że to jest jasne.

Słuchajmy papieża Franciszka

 

Niedawna rocznica wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową stałą się okazją m.in. do tego, by po raz kolejny uderzyć się w piersi i przyznać, że nie znamy nauczania Jana Pawła II. Co jakiś czas pojawiają się tego rodzaju stwierdzenia w prasie, czy zwyczajnie – w codziennych rozmowach. I faktycznie, przykre to, że pewnie niewielu Polaków czytało encykliki, adhortacje, listy, książki … naszego papieża. Karol Wojtyła, a potem Jan Paweł II zostawił sporą spuściznę. Papieżem był przez 27 lat, było więc sporo czasu, by go słuchać na bieżąco, może czasem sięgnąć po jakiś dokument. Być może faktycznie przespaliśmy trochę ten czas. Czy można to jakoś nadrobić? Tego nie wiem. Ale myślę, że jeśli ktoś odczuwa dzisiaj potrzebę zatrzymania się nad którymś z tekstów Jana Pawła II, to niech nie marnuje ani chwili, niech to robi. Zawsze warto iść za poruszeniem serca, które odczuwa pociąg, by jakiś tekst czy problem zgłębić.

Czytać samemu w zaciszu domowym zawsze można. Ale chodzi mi bardziej o to, żeby odpowiedzieć na potrzebę wspólnego pochylenia się nad pismami Jana Pawła II. Przecież można zaproponować powołanie takiej grupy przy jednej czy drugiej parafii. Myślę, że prawie każdy wikary poradzi sobie z poprowadzeniem tego rodzaju spotkań. I nie chodzi mi o jakieś odgórne zarządzenie, które nałoży na proboszczów urzędowy obowiązek zorganizowania w parafii grupy, która zajmowałaby się poznawaniem nauczania Jana Pawła II. Ale chodzi mi o takie zwyczajne zareagowanie na potrzebę. Jeśli też ktoś ze świeckich taką potrzebę odczuwa, to niech pójdzie do proboszcza i podzieli się tą swoją potrzebą. Może się okaże, że będzie takich głosów więcej, a proboszcz podejdzie do pomysłu przychylnie.

Niechże ludzie mają okazję usiąść wspólnie przy stole w salce parafialnej i pochylić się nad tekstem papieża Polaka. Niech wypiją razem herbatę, przegryzą ciastkiem i poczytają wspólnie  Redemptor hominis czy Ut unum sint. Może faktycznie, ci, co przegapili ten długi pontyfikat, chcieliby teraz poczytać Jana Pawła II.  Zresztą, zawsze warto.

Zachęcam też do tego, żeby słuchać i czytać papieża Franciszka. Znam co najmniej jedną grupę ludzi, którzy spotykają się, by wspólnie czytać jego teksty. Żeby nie przespać tego czasu, kiedy jest z nami.

Postawmy na przykazanie miłości

 

W jednej z relacji z obrad Synodu o młodzieży przeczytałam, że niektórzy biskupi nie godzą się, by na Synodzie używać określenia LGBT, ponieważ – jak twierdzą – oznacza ono określoną ideologię polityczną. Zaproponowali, by w zamian używać określenia: „osoby zainteresowane osobami tej samej płci”. Myślałam, że ten spór mamy już w Kościele za sobą. Naprawdę ktoś jeszcze rozumie język, jakim posługują się niektórzy kościelni hierarchowie?

Kiedyś znajomy zapytał mnie, dlaczego on ma się zwracać do kogoś per ksiądz? Znajomy jest niewierzący i z jego punktu widzenia, nazywanie kogoś księdzem czy biskupem jest również wyrazem określonej ideologii…

Gdyby zwrócić się do geja per: „osobo zainteresowana osobami tej samej płci” podejrzewam, że najpierw długo by myślał, o co właściwie chodzi, a potem pewnie by sobie poszedł.

Ojcowie synodalni, sformułujecie na Synodzie nową naukę Kościoła o osobach zainteresowanych osobami tej samej płci? Lesbijki i geje mogą się nie zorientować, że to o nich chodzi.

Z innej z kolei relacji prasowej wynikało, że uczestnicy Synodu obawiali się postulatów ze strony młodzieży, by zmienić kościelne nauczanie zawarte w Encyklice Humanae Vitae Pawła VI. Okazało się jednak, że takie postulaty się nie pojawiły, a na pewno nie stały się dominujące. Humanae Vitae z 1968 roku formułuje m.in. zakaz używania środków antykoncepcyjnych. Czy nie jest tak, że młodzieży obecnej na Synodzie w Rzymie ta sprawa już nie interesuje? Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu pewnie warto byłoby o tym rozmawiać. Tymczasem dorosło pokolenie, dla którego pigułka antykoncepcyjna czy prezerwatywa są oczywistością. Kościół dramatycznie rozminął się z rzeczywistością w temacie regulacji poczęć.

Trochę podobne mam odczucia, gdy pojawia się w relacjach synodalnych tzw. kwestia kobieca. Naprawdę nie chcę być przedmiotem dyskusji o roli kobiety w Kościele. Ja w tym Kościele jestem po prostu człowiekiem. Nie chcę, aby opisywano moją role i tworzono jakąś nową teologię kobiety (chciałabym natomiast usłyszeć, że dotychczasowa jest niepełna). Owszem, biskupi powinni znać potrzeby, frustracje i radości współczesnych kobiet. Najlepiej z doświadczenia, tzn. z bezpośrednich kontaktów z kobietami. Podobnie zresztą, jeśli chodzi o mężczyzn. Ich problemy życia codziennego biskupi też powinni znać. Toż to wszystko owce, które w biskupie mają mieć swojego pasterza. A dobry pasterz zna swoje owce.

Na koniec podzielę się refleksją nieco bardziej ogólnej natury. Otóż wydaje mi się, że Kościół zbyt drobiazgowo chce zajmować się wszystkim. Mam wrażenie, że chciałby jasno mówić mi, co i jak mam myśleć niemal w każdej sprawie – właściwie to nie wiem, czy wtedy można jeszcze mówić o myśleniu. Znam ludzi, którzy w obliczu wątpliwości zwyczajnie pytają księdza, co mówi Kościół w tej sprawie i co oni mają zrobić. A potem robią, co im ksiądz powiedział. Nie mnie oceniać, czy to jest lepsze od samodzielnego myślenia. Zapytam natomiast, jak to się ma do osobistego sumienia, w zgodzie z którym przecież osoba wierząca powinna dokonywać w swoim życiu wyborów? A co, jeśli wierzący nie używa sumienia? Powstało w naszym Kościele tyle przepisów, nakazów i zakazów, że chyba prześcignęliśmy już Izraelitów z ich Prawem mojżeszowym. Ta ilość szczegółowego nauczania siłą rzeczy sprawia, że sięgamy po gotową odpowiedź, zamiast samemu pomyśleć. Zatraciliśmy umiejętność rozeznawania (nie, nie przypadkiem używam tego słowa). Katolicyzm stał się za bardzo legalistyczny, a za mało ewangeliczny.

Nauczanie w kwestiach szczegółowych wymaga niekiedy korekty – rozwój nauki i szerzej – cywilizacji w ogóle – sprawia, że Kościół koryguje swój stosunek do niewolnictwa, do ludzi innych wyznań, koryguje nauczanie o kobietach, o małżeństwie. Czasem przy okazji przeprasza za swoje wcześniejsze postępowanie. Tak jak przepraszał za dyskryminację kobiet, za niechęć wobec Żydów, za odmawianie wolności wyznawania wiary innej niż katolicka. Tak jak pewnie kiedyś przeprosi osoby homoseksualne. Tak jak musiałby przeprosić miliony kobiet, gdyby zdecydował się jednak skorygować restrykcyjną Encyklikę Humanae Vitae. Dzisiaj czytam w relacji z trwającego w Rzymie Synodu, że biskup Paolo Bizzeti mówi: „Jako rodzina ludzka, ale też jako Kościół musimy poprosić młodzież o wybaczenie. Stworzyliśmy bowiem świat, w którym trudno jej żyć”.

Cóż.

Jak to się stało, że wspólnota, która powinna kształtować oblicze świata, również moralne oblicze świata, została za tym światem daleko w tyle i z ledwością próbuje za nim nadążyć? Tak było na przykład z równouprawnieniem kobiet. To świecki świat pokazał Kościołowi, że kobieta jest równa mężczyźnie i przyznał jej m.in. prawo głosu w wyborach (Polki uzyskały je jako jedne z pierwszych w 1918 roku), podczas gdy Kościół jeszcze w 1930 roku potępiał emancypację kobiet (Casti Connubii Piusa XI).

Może trzeba by zrezygnować z tak jurydycznego formułowania nauczania i wrócić do formy bardziej ewangelicznej? Kształtować sumienia, a nie je wyręczać? Nie mnożyć przepisów, tylko uczyć kochać? Zresztą, nie jest to jakiś odkrywczy pomysł. To samo podpowiadał już sobór watykański II zwracając się silnie ku Pismu Świętemu i nauczaniu Ojców Kościoła, kierunkując się w pierwszym rzędzie na potrzeby duszpasterskie, a nie dogmatyczne. Na to samo wskazuje nieustannie papież Franciszek (jego słynne „rozeznawanie”, jego adhortacja o powołaniu do świętości Gaudete et exsultate).

Powinniśmy postawić rzeczywiście na pierwszym miejscu przykazanie, o którym sam Jezus powiedział, że nie ma większego nad nie:

«Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych». (Mk 12, 29-31)

Jak zwykle na odwrót

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”. On Mu odpowiedział: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: «Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego». Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: „Któż więc może być zbawiony?” Jezus popatrzył na nich i rzekł: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”. Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym”. (Mk 10, 17-30)

 

Ewangelia z ostatniej niedzieli. Trochę już oswoiliśmy wiadomość, że bogactwo utrudnia wejście do królestwa Bożego. Wiemy, że nie tyle samo posiadanie bogactw, ile nasz do nich stosunek ma tutaj znaczenie. Można mieć wiele, ale nie być do tych dóbr przywiązanym i wtedy bogactwo nie jest przeszkodą w wejściu do królestwa Bożego. Nie chodzi więc o dobra materialne jako takie, ale o nasze serce, chodzi o to, żeby było wolne od wszystkiego, wolne wyłącznie dla Boga. Niby to wiemy i pewnie nam się wydaje, że właśnie jesteśmy w taki sposób wolni, więc nic złego nam nie grozi i zmierzamy prosto do nieba. Myślę, że wielu z nas bardzo się myli w tej ocenie samych siebie.

To, co mnie w tym tekście zatrzymuje, to reakcja uczniów na słowa Jezusa. Oni się przerazili słysząc, że trudno jest wejść do królestwa Bożego tym, którzy mają dostatki. Ich reakcja jest świeża. Nikt dotąd nie mówił im takich rzeczy. Zarówno oni sami jak i wszyscy znani im ludzie dążyli w swoim życiu do tego, by zgromadzić jak najwięcej, żaby zabezpieczyć sobie byt, żeby „coś w życiu osiągnąć”. A tu nagle przychodzi ktoś i mówi im, że pragną czegoś, co jest dla nich wielkim zagrożeniem. To ich przeraża, uderza w ich sposób myślenia i rozumienia świata.

Dopytują się, jak to będzie z nimi, skoro oni zostawili wszystko i poszli za Jezusem. I słyszą w odpowiedzi, że tacy jak oni dostają stokroć więcej, … pośród prześladowań. Łatwo nam umyka ten szczegół.

Nieustannie zderzam się w Ewangeliach z Jezusowym myśleniem odwrotnym. Nieustannie mnie ono zachwyca. Zatrzymuję się na tych fragmentach, żeby chłonąć ten sposób myślenia. Żeby nie przysnąć, żeby nie osiąść w wygodnych: „zawsze tak było”, „wszyscy tak robią”.