Zero tolerancji

My, katolicy, świeccy i duchowni, wyrażamy głęboki żal z powodu przestępstw na tle seksualnym popełnionych przez księży polskiego Kościoła katolickiego. W pełni solidaryzujemy się z ofiarami tych przestępstw – dziećmi i dorosłymi. My, katolicy, czujemy się odpowiedzialni za Kościół, który współtworzymy, dlatego jako wspólnota wierzących chcemy dzisiaj powiedzieć wszystkim skrzywdzonym: jesteśmy z Wami.

Żądamy, aby Konferencja Episkopatu Polski jasno i wyraźnie przeprosiła ofiary przestępstw seksualnych za brak stanowczych działań nakierowanych na pomoc ofiarom.

Chcemy, aby Kościół był przestrzenią bezpieczną, w której w sposób wzorcowy realizowane jest prawo miłości Boga i bliźniego. Chcemy, aby nasi pasterze prowadzili nas nie tylko słowem, ale przede wszystkim przykładem własnego życia zgodnego z ewangelią.

Wzywamy biskupów polskiego Kościoła katolickiego: usłuchajcie głosu ludzi wierzących i nawróćcie się. Wzywamy Was do podjęcia publicznej pokuty za grzechy zaniedbania i zaniechania przy wyjaśnianiu zgłoszonych przestępstw pedofilii i innych przestępstw o charakterze seksualnym. My, wierzący, będziemy Was w tej pokucie wspierać modlitwą.

My, katolicy, przyjdziemy do naszych kościołów w niedzielę 07 kwietnia 2019, by wspólnie się modlić. Przypniemy do naszych ubrań czerwone wstążki, aby w ten sposób wyrazić naszą solidarność z ofiarami.

W obronie kanonicznej ikony

Po wiekach nieobecności ikony w zachodnim chrześcijaństwie wraca do nas dzisiaj ten rodzaj sztuki religijnej. Od jakichś kilkudziesięciu lat odżywa wśród katolików zainteresowanie ikoną (podobnie zresztą, zainteresowanie klasyczną bizantyńską ikoną odżywa w prawosławiu, tyle, że po nieco krótszej przerwie). Dzisiaj można wręcz mówić o modzie na ikonę. I można by się z tego cieszyć, gdyby nie fakt, że modzie nie towarzyszy, niestety, chęć rzeczywistego poznania ikony. Powstają prace, z pozoru tylko przypominające ikony i są rozpowszechniane jako ikony powodując tym samym zamęt w głowach ludzi z ikoną nieobeznanych. W moim odczuciu, takie działania są szkodliwe dla wielowiekowej tradycji ikonograficznej oraz dla takiego rodzaju duchowości, jaki proponuje nam kanoniczna ikona – prostej duchowości ewangelicznej.

Ewangeliczna prostota ikony

Trudno zaprzeczyć istnieniu różnorodnych form duchowości. Wszystkie one odpowiadają niejednakowym przecież potrzebom duchowym poszczególnych ludzi, które są związane z różnorodnością charakterów, mentalności, sposobów wychowania… Nie jesteśmy wszyscy tacy sami, więc modlimy się także w zróżnicowany sposób. Jedni w grupach charyzmatycznych, inni w całkowitej ciszy, jeszcze inni preferują proste modlitwy w niewielkich grupach, typu nowenny, różaniec itp. Ktoś woli pójść na grupkę biblijną, a ktoś inny w tym czasie wybierze adorację Najświętszego Sakramentu. Istnieje w tym zakresie duża różnorodność i dobrze, bo dzięki temu każdy może odnaleźć w Kościele swoje miejsce.

Przez długi czas przedstawienia ikonograficzne karmiły szerokie rzesze wierzących, ten sposób obrazowania był czytelny dla wielu, może nawet dla wszystkich, ikona była więc – można powiedzieć – uniwersalnym środkiem wyrazu. Dzisiaj już tak nie jest. Myślę, że powody są co najmniej dwa.

Po pierwsze, w czasach kiedy powstawały pierwsze ikony (prawdopodobnie niemal od początku chrześcijaństwa), ten sposób malowania był jedynym znanym, to było wówczas po prostu malarstwo. Obecnie znamy wiele stylów malarskich, na przestrzeni wieków rozwinęły się – zwłaszcza w nurcie zachodniej sztuki – bardzo zróżnicowane kierunki, sztuka wyszła też z przestrzeni kościelnej, która początkowo była dla niej środowiskiem naturalnym. Dzisiaj kanoniczna ikona jest tylko jednym z wielu stylów malarskich.

Po drugie, to co spotyka dzisiaj kanoniczną ikonę, zwłaszcza w kręgach katolickich, ujawnia – moim zdaniem – jak bardzo odeszliśmy w naszej duchowości od prostoty Ewangelii. W ogóle słabo znamy Pismo Święte. Biblijna symbolika jest dla nas trudna, żeby nie powiedzieć, nieczytelna. Dzisiaj trzeba tłumaczyć co opowiada ikona przedstawiająca na przykład scenę Przemienienia Pańskiego, chociaż ta ikona obrazuje po prostu to, co jest napisane w Piśmie Świętym.

Podstawowe zasady kanoniczne

Ikona ma swoją wielowiekową tradycję. Pierwsze przedstawienia ikonograficzne pochodzą z początku chrześcijaństwa, znamy takie, które powstały w VI wieku i udało im się przetrwać do dzisiaj. Ikonoklazm (VIII wiek) zmusił Kościół do zajęcia stanowiska w sprawie  ikonografii: czy wolno nam w ogóle malować Boga, a jeśli tak to w jaki sposób? Odpowiedzi udzielił ostatecznie sobór nicejski w 787 roku i odpowiedzi te oparte były na dogmatach chrystologicznych. Stały się one podstawą dla powstających od tamtego czasu tzw. kanonów ikonograficznych, tzn. zbiorów zasad, które mówią jak powinna być namalowana ikona.

Podstawowa sprawa dotyczy tego, co ikona w ogóle przedstawia. Otóż przedstawia Boga – Chrystusa, Syna Bożego. Przedstawia również świętych oraz sceny ewangeliczne. Krótko mówiąc, przedstawia na desce świat przebóstwiony, ten świat będący „po drugiej stronie”. Ponieważ nikt z nas nie wie, jak wygląda niebo – bo tam nie był – ikonografia ustaliła własny język, żeby za jego pomocą opowiadać nam o rzeczywistości nieba. Jest to język symboli, które są w ikonografii stałe, powtarzalne i dzięki nim możemy czytać tajemnice Boże opowiedziane na ikonach. Pod warunkiem, oczywiście, że poznamy ten język ikonowych symboli.

Ikona przedstawia świat przebóstwiony. Dlatego na pytanie koleżanki, czy namalowałbym na desce jej portret tak, żeby wyglądał jak ikona, odpowiadam: nie, takie rzeczy to nie u mnie.

Ikona posługuje się tzw. odwróconą perspektywą, rezygnuje z trójwymiarowości, przedstawia postaci w specyficzny sposób – frontalnie zwrócone ku patrzącemu, nadaje znaczenia kolorom. To piękny i naprawdę prosty język. Ale jednak trzeba go poznać, żeby się nim posługiwać.

Bardzo istotny jest również cel, dla jakiego ikona w ogóle powstaje. Ona powstaje na chwałę Bożą. Malowanie ikon to swoista służba w Kościele. Ikonograf całkowicie chowa się za swoją pracą, pozostaje anonimowy – dlatego ikon się nie podpisuje. Błyszczy ten, kto na ikonie został przedstawiony, a nie ten, który malował. Ten, kto na ikonie został przedstawiony jest już w chwale nieba, odbija blask Najwyższego – i jest dla nas towarzyszem na drodze prowadzącej do tego samego celu. Ma nas prowadzić, pomagać przemieniać się i stawać się jak Bóg.

Dlatego w ikonografii nie chodzi o to, by wyróżnić się nowym pomysłem, nowatorskim wzorem, ani tym bardziej, by wyrazić siebie, swoje emocje. Nie bronię nikomu malować ekspresyjnie, w całkowitej wolności, poszukiwać nowych wzorów, nowej symboliki i sposobów wyrazu. Niech maluje.

Pytam tylko – czy naprawdę wszystko, co dzisiaj zostaje namalowane, musi się od razu nazywać ikoną?

Czy jeśli obrazu nie nazwiemy ikoną, to on już nie może nam się dzisiaj podobać?

Czy może jest tak – powiem brutalnie – że ikona się dzisiaj sprzedaje, więc wszyscy malują „ikony”, bez względu na to ile one mają faktycznie wspólnego z kanoniczną ikonografią?

Kanoniczny kaganiec?

Czy malowanie ikon polega więc wyłącznie na rzemieślniczym kopiowaniu istniejących wzorów? Czy kanon ikonograficzny to zbiór sztywnych zasad, który ograniczają wolność twórcy?

Ci, co poznali zasady kanoniczne wiedzą, że one nie są ograniczeniem. Kanon pozostawia twórcy  całkiem spore pole manewru. Okazuje się, że można wypracować indywidualny styl. Jesteśmy w stanie odróżnić ikony Andrieja Rublowa od ikon ojca Zinona, czy prac na przykład współczesnego rosyjskiego ikonopisa Georgya Gasheva. Ich ikony są kanoniczne, a przy tym bardzo różnią się od siebie.

Wiele osób maluje dzisiaj ikony na sposób rzemieślniczy, to znaczy tworząc kopie istniejących już obrazów. Nie ma w tym niczego złego, jeśli tylko przy kopiowaniu korzysta się z naprawdę dobrych wzorów i jeśli to, co ostatecznie wychodzi spod ręki takiego ikonopisa-rzemieślnika zachowuje jakiś poziom pod względem plastycznym. Tego rodzaju ikonopisarstwo stało się dzisiaj pewną drogą duchową i myślę, że to bardzo dobra droga. Pod warunkiem, że prowadzi nas na niej dobry mistrz – to znaczy taki, który nie tylko uczy jak używać pędzelka, ale też kształtuje w nas ewangeliczną miłość  Boga i bliźniego. Poziom artystyczny prac, które powstają nie jest bez znaczenia, ostatecznie wyciągamy rękę by malować Boga.

Czy to jeszcze ikona?

Bywam nieraz pytana co myślę o ikonie Pneumatofory, nazywanej Matką Bożą niosącą Ducha. Muszę powiedzieć, że taki sposób malowania jest daleki od mojej duchowości. Maryję jako przepełnioną Duchem Świętym przedstawiłabym na ikonie zupełnie inaczej, nie poprzez włożenie w jej dłonie gołąbka. Tytuł „niosąca Ducha” jest dla mnie z kolei niezrozumiały, bo Osobę Ducha Świętego czytam chrystologicznie (polecam w tym temacie książkę „Słowo i Tchnienie” Yves’a Congara OP wydaną niedawno przez Wydawnictwo WAM). Zwracam też uwagę, że na niektórych kopiach tego wzoru Matka Boża ma oczy malowane na wzór postaci z bajek Disney’a – wielkie, nienaturalne, przesłodzone, ozdobione wydatnymi i sztucznie wywiniętymi rzęsami. I to już przestaje być ikoną.

Ale oryginałowi nie można odmówić cech kanonicznej ikony. Co pokazuje raz jeszcze, że można zmieścić się w kanonie pozostając oryginalnym.

Swoją drogą, jest coś chyba na rzeczy, skoro spotykam się z pytaniami, co myślę o ikonie Pneumatofory, a nikt nie pyta, co myślę na przykład o ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Widać ta druga nie budzi niczyich wątpliwości.

Istnieje też przedstawienie nazywane Ikoną spotkań małżeńskich.

I to już nie jest ikona. Symbolika tego przedstawienia jest zupełnie nie-ikonowa. Naprawdę, namalowanie czegoś na desce i w dwuwymiarze nie powoduje jeszcze, że to staje się od razu ikoną.

Mogę postawić następujące pytania pod adresem tego obrazu:

Kogo przedstawia ten obraz? Postaci na ikonach są podpisane swoimi imionami, to są konkretni ludzie. Kim są ci z przedstawienia spotkań małżeńskich?

Malarstwo ikonowe jest naturalne, to oznacza na przykład tyle, że przedstawia człowieka jako istotę posiadającą twarz. Nie pół twarzy, tylko twarz. Przedstawienie na ikonie postaci z profilu jest symbolicznym przedstawieniem kłamcy.

Nimb krzyżowy jest w ikonografii atrybutem wyłącznie Chrystusa. Użycie go w tym przedstawieniu jest w moim odczuciu nadużyciem.

Poza tym, muszę powiedzieć, że podoba mi się pomysł przedstawienia małżeństwa jako twarzy skompilowanej na wzór twarzy Chrystusa z dwóch połówek twarzy kobiety i mężczyzny. Tylko, że to nie jest ikona. To jest po prostu zupełnie innego rodzaju symbolika.

Podsumowując jednym zdaniem. Chciałabym, aby uszanowano tradycyjny kanon ikonograficzny, kanon rozumiany jako pewne ramy, wewnątrz których może poruszać się ikonopis, kanon z jego symboliką, teologią, klasycznym pięknem. Naprawdę, nie każdy obraz musi się od razu nazywać ikoną.

Stać cię?

Czytamy teraz w liturgii pierwszy list św. Jana. Zawsze bardzo lubiłam ten tekst. Ilekroć go czytam, tylekroć odczuwam poryw serca – ku prostocie, ku prawdzie, ku miłości. O Janie mówi się, że spośród ewangelistów ma najbardziej wyrafinowaną teologię, pełną metafor, wzniosłą, najbardziej dojrzałą, bo powstałą już z pewnej perspektywy czasowej. To fakt. A jednak czytając go, karmię moje chrześcijańskie umiłowanie wolności i prostoty. Nawet więcej niż moje umiłowanie wolności – moją wolność karmię po prostu.

Jan w swoim liście pisze przede wszystkim o życiu, o miłości, o byciu jak Bóg, o tym, jak rozpoznać, kto faktycznie Boga poznał i w Nim trwa, a kto jest fałszywym świadkiem, czyli kłamcą po prostu. Jan mówi, że nowina, którą usłyszał od Jezusa jest taka, że Bóg jest światłością i że nie ma w Nim żadnej ciemności, że ten, kto żyje wespół z Bogiem w Jego światłości, jest uwolniony od grzechów.

Ale list Jana to nie jest słodki tekst, który ma nas pogłaskać, dopieścić, zrobić nam dobrze. Tam jest bardzo wiele radykalnych słów, które pokazują, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo, co jest czarne, a co białe.

Jest ktoś, do kogo żywisz urazę, nienawiść? Nie łudź się, nie możesz jednocześnie uważać się za bezgrzesznego. W jednym sercu nie może współistnieć miłość z nienawiścią. Jedno wyklucza drugie. Jeśli więc jest ktoś, do kogo żywisz takie uczucie, to ono oddala cię od Boga, nawet jeśli wydaje ci się, że ta niechęć do kogoś jest dla twojej wiary zupełne bez znaczenia. Nie chodzi o jakąś chwilową złość, bo ktoś cię swoim zachowaniem wyprowadził z równowagi, ale chodzi o trwały stosunek do jakiejś osoby. Nienawiść zżera od środka, jesteś nią tak zaabsorbowany, że nie możesz jednocześnie kochać. Co ciekawe, zwykle nawet tego nie widzisz.

Zdecydowanie ciekawsze są jednak dla mnie słowa Jana, w których pokazuje on niejako drugą stronę tego samego medalu. Jan mówi, że ten, kto kocha swego brata, trwa w światłości i nie może się potknąć. Nam się tu zwykle włącza lampka – tak, tak, ale pamiętaj, że i tak zawsze jesteś grzesznikiem! Myślę, że ta lampka włącza się tym, którzy nie potrafią zanurzyć się w miłości na całego. Ten, kto trwa w światłości nie może się potknąć. Kto trwa w Bogu, nie grzeszy. Spróbuj zatrzymać się na takim stwierdzeniu.

Bardzo istotna jest u Jana weryfikacja naszej deklarowanej wiary. Nie chodzi o to, żeby pięknie mówić, ale żeby rzeczywiście żyć tak, jak pokazał nam Jezus. Mówić właściwie wcale nie trzeba. Boga zna naprawdę ten, kto zachowuje Jego przykazania. Mówić możesz co chcesz, możesz opowiadać o swojej zażyłości z Bogiem niekończące się historie. Zweryfikuje cię jedno wyjście na ulicę – do ludzi. Spotkanie z drugim człowiekiem, to kim się w takim spotkaniu okażesz – sędzią, czy obrońcą; katem, czy miłosiernym bliźnim; raniącym, czy opatrującym rany – to powie o tobie prawdę.

Ci, którzy z Bogiem są naprawdę blisko, niewiele o tym opowiadają.

Piszę to wszystko i mam poczucie, że nie wnosi to niczego nowego. Że wielu z nas już to gdzieś słyszało, albo gdzieś czytało. Że to kolejne rozważanie, które gładko przepłynie przez katolickie uszy, jak zaliczone niedzielne kazanie. Możemy słuchać kazań, czytać Pismo Święte, sięgać nawet do różnych tekstów, książek bardziej lub mniej duchowych, jeździć na rekolekcje, chodzić na spotkania grup modlitewnych … i nic to w naszym życiu nie zmieni.

Chciałoby się powiedzieć: troszczysz się o wiele, a potrzeba tylko jednego.

Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o chrześcijaństwie a życiem chrześcijaństwem. Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o Bogu, a życiem z Nim. To jest taka różnica jak pomiędzy żyć a nie żyć. Dopóki nie zaryzykujesz zaufania Bogu, nigdy się nie dowiesz, co On może ci dać. Możesz o tym poczytać w pobożnych książkach, a nawet w samej Biblii, tylko, że to będzie ciągle poziom dowiadywania się o czymś z bezpiecznej odległości. Możesz zmarnować całe życie na tego rodzaju „poznawanie” Boga. Jeden dzień spędzony z Nim da Ci więcej, niż przeczytanie całej biblioteki watykańskiej. Da Ci osobiste doświadczenie, rzecz niczym niezastępowalną.

Ale coś za coś – doświadczenia nie zdobywa się z książek. Żeby poczuć wiatr wiejący na szczycie góry, trzeba na ten szczyt wejść. Tak, owszem, można się przy tym nieźle poobijać. To nie to samo, co przeczytać relację z wyprawy alpinistów. Czujesz różnicę? Stać cię na takie ryzyko?

Taki Izajasz dla Jana od Krzyża

Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: „Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!” (Iz 48,17-19)

zdjęcie pochodzi z: www.karmel.pl

W kościele powszechnym dzień Jana od Krzyża ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W klasztorach karmelitańskich to uroczystość. Liturgia podarowała Janowi od Krzyża czytanie z księgi Izajasza – jak co roku, taki czas. Wypadło mu umrzeć 14 grudnia 1591 roku i w związku z tym wspominamy jego odejście do Pana właśnie w okresie Adwentu. A przez Adwent – jak wiadomo – prowadzi nas Izajasz.

O Janie od Krzyża napisano więcej, niż byłaby w stanie pomieścić moja osiedlowa biblioteka. Czasem wydaje mi się, że każdy kto tylko nieco liźnie literatury z dziedziny duchowości, zaraz czuje się uprawniony do komentowania dzieł tego świętego. Mniej chyba jest rozważań o tym, jak to, co ten karmelita pisał, zrealizowało się w jego życiu. I ten, być może niedobór, uzupełnia jakby mimochodem, przewidziany na dzisiaj fragment księgi proroka Izajasza.

„Jam jest Pan, twój Bóg” – pada więc na początek.

Od przyjęcia tych słów rozpoczyna się przygoda z Panem Bogiem. Jana ta przygoda prowadzi do mistyki. Czyli do czego właściwie?

Wielu ludzi słysząc o mistyce i mistykach sztywnieje i wycofuje się kręcąc głową – nie, nie, to nie dla mnie. Jakoś tak się w naszej religijności utarło, że mistykę bierzemy za bujanie w chmurach, duchowe omdlenia, przemieszczanie się płynnie pół metra nad ziemią. Z dzieł napisanych przez wielkich mistyków wydobywamy w ten sposób rzeczy najmniej istotne. Najwięksi mistycy, jakich znam osobiście, to ludzie bardzo mocno stąpający po ziemi i z wyjątkowo trzeźwym osądem rzeczywistości. Mam na myśli osoby znane mi osobiście i aktualnie żyjące. Myślę, że autentyczny mistyk ma w sobie niebywałą pewność i głęboki spokój (patrz: Izajasz), które pozwalają mu widzieć sprawy takimi, jakie one faktycznie są. Widzi więc dobro, tam, gdzie ono jest i widzi zło, tam, gdzie ono jest. Potrafi je nazwać – co ważne – z całkowitym spokojem, bez lęku. Te umiejętności to nie jest mistyka, to są owoce mistyki.

Mistyka natomiast to pewien sposób życia. Taki, w którym Bóg jest wszystkim, Jemu podporządkowane jest wszystko, a cała osoba pozostaje oddana wyłącznie Jemu. Żadnych kompromisów, żadnego wydzielania siebie – trochę Bogu oddam, ale trochę siebie jednak sobie zostawię. Mistyka to sposób życia, w którym Bóg jest stale obecny w świadomości człowieka, co znaczy, że ten człowiek stale się modli, jak to mówią – przylgnął sercem do Boga. Akcentuję to, że chodzi o uświadomioną obecność Boga, bo On jest w naszym życiu obecny zawsze, czy o tym myślimy, czy nie. Ale dopiero jeśli o Nim myślimy, za Nim tęsknimy, do Niego wracamy myślami, Jemu chcemy sprawiać przyjemność – dopiero wtedy rodzi się między nami więź, która silnie wpływa na nasze życie. Ta uświadomiona obecność Boga doprowadza czasem do obopólnego zjednoczenia. Uhuhu, to dopiero!

Mistyka jest sposobem realizacji chrześcijańskiego powołania, bo wszyscy jesteśmy powołani do jedności z Bogiem. Dziwne to więc, że tak wielu z nas reaguje: nie, nie to nie dla mnie. To tylko pokazuje, jak bardzo mało poważnie traktujemy nasze chrześcijaństwo. Ci, którzy odważą się przekroczyć próg „religijnej poprawności” i wejść na wody mistyki, gdzie obowiązuje tylko jedna zasada – zasada miłości – mają bardzo, ale to bardzo pod górkę z „porządnymi chrześcijanami”. Jak i zresztą Jan od Krzyża miał.

„Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!”

Mój przyjaciel Thomas Merton

zdjęcie pochodzi z: www.osv.com/OSVNewsweekly/Story/TabId/2672/ArtMID/13567/ArticleID/23945/Inspiration-and-Guidance-from-Thomas-Merton.aspx

 

Pewnie każdy ma takie zdanie, taki cytat, który jest dla niego wyjątkowo ważny. Coś, co usłyszał albo przeczytał i dotknęło go tak mocno, że – można powiedzieć – zmieniło jego życie. Słowa, które – choć nie jesteśmy ich autorami – stały się jednak jakby nasze własne. Słowa, z którymi się utożsamiamy. Takie, które wywarły na nas wpływ, ukształtowały nas po trosze.

Takie słowa przeczytałam wiele lat temu w „Nowym posiewie kontemplacji” Thomasa Mertona. Trapista pisze tam tak:

zastanawiam się, czy żyje na świecie choć dwudziestu ludzi, którzy widzą rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Oznaczałoby to, że istnieje dwudziestu ludzi, którzy nie podlegają władzy ani nawet wpływowi jakiegokolwiek przywiązania do rzeczy stworzonej, do własnego «ja» bądź dowolnego daru Boga, nawet do najwyższej z Jego nadprzyrodzonych łask. Nie wierzę, że żyje dwudziestu takich ludzi na świecie. Ale musi być jeden alba dwóch. To właśnie oni utrzymują wszystko w jedności i powstrzymują wszechświat przed rozpadem.

Można się tymi zdaniami zachwycić i pójść dalej. Można też zupełnie nie dostrzec ich głębi.

Mnie te zdania zatrzymały. Są dla mnie esencją świętości. Sercem chrześcijaństwa. Znaczą: być całym dla. A to znaczy: być jak Bóg.

A jednak, gdyby ktoś szukał programu na życie, to odradzałabym obieranie sobie tych słów za program. Miłości nie można sobie obrać za program. Trzeba po prostu kochać. Miłość się sobie nie przygląda. Miłość się dzieje. Tych słów nie można sobie obrać za plan na życie – ale można je otrzymać i przyjąć.

Wielkość Mertona nie polegała na tym, że stał się jak jeden z tych dwóch, o których pisze, że powstrzymują wszechświat przed rozpadem. Jego wielkość polegała na tym, że miał świadomość swojej nędzy. Popełniał błędy i nie krył się z tym. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jest słaby, żeby nie patrzyli na niego z podziwem, na który – w swoim mniemaniu – nie zasługiwał. Był znany i popularny już za życia, co w przypadku mnichów nie zdarza się często. Pisał, wydawano jego książki, wiersze, ludzie je czytali i na tej podstawie kreowali sobie obraz autora. Ale Merton dbał o to, żeby nie był to obraz lukrowany.

Każdy kto ma choć mgliste pojęcie o życiu mnicha wie, jak ważna w tym życiu jest prawda. Począwszy od pierwszych mnichów żyjących od czwartego wieku na pustyniach Egiptu i Syrii, aż po dzisiejsze czasy, każdy z nich wie, że świętość zyskuje się na drodze pokory. Pokora i prawda to jedno i to samo. Znać prawdę o sobie, o swojej słabości, grzeszności, jak mówią, o tym, że samemu niczego naprawdę wartościowego się nie osiągnie, mieć głęboką świadomość swojej całkowitej zależności od Boga, świadomość bycia bez reszty w Jego władzy, w Jego ręku – to jest prawda. I to jest właśnie pokora. Co ważne, nie chodzi o to, żeby to wiedzieć. Chodzi o to, żeby tego doświadczyć. Chodzi o to, żeby w poznawaniu Boga przekroczyć granicę intelektualnych rozważań.

I myślę, że Thomas Merton to zrobił.

Przewrotnie powiem, że jestem wdzięczna Kościołowi za to, że nie wyniósł Thomasa Mertona na ołtarze, nie ogłosił go oficjalnie świętym, pomimo, że wielu ludzi go za takiego uważa. Kościelni hagiografowie doszlifowaliby zapewne życiorys mnicha z Kentucky i przykroili go do jednej z tradycyjnie funkcjonujących form. Prawda o tym mężczyźnie z krwi i kości sporo by na tym straciła.  

Thomas Merton zmarł 10 grudnia 1968 roku. Wczoraj przypadała 50-ta rocznica jego śmierci.

Dlaczego zabrakło jednego zdania?

 

Pierwszy piątek Wielkiego Postu będzie odtąd dniem modlitwy wynagradzającej oraz postu we wszystkich naszych diecezjach – ogłosili wczoraj polscy biskupi. Podczas zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski biskupi przyjęli i opublikowali stanowisko w sprawie nadużyć seksualnych wobec nieletnich, których dopuścili się polscy duchowni.

Komunikat utrzymany jest w tonie podobnym do wypowiedzi papieskich oraz słów padających z ust biskupów w innych krajach. Duży nacisk kładzie się w nim na to, że grzech jednego członka Kościoła rani całą wspólnotę. Z tej właśnie teologicznej zasady wynika wezwanie skierowane do całej wspólnoty polskiego Kościoła – wiernych świeckich, kapłanów, osób konsekrowanych oraz członków zakonów kontemplacyjnych  – wezwanie do wzmożonej modlitwy i pokuty w intencji ofiar wykorzystania seksualnego i ich rodzin. Modlitwą mamy też ogarniać osoby duchowne żyjące niemoralnie i wyrządzające krzywdę dzieciom i młodzieży, a także ludzi, których gorszące czyny księży głęboko ranią (por. Komunikat KEP). Modlimy się za innych, a inni modlą się za nas. Takie rozumienie Kościoła jest zgodne z teologią Pawłową, rozwijaną również przez Ojców Kościoła w pierwszych wiekach chrześcijaństwa (m.in. przez Cyryla z Aleksandrii) i będącą w Kościele żywą do dzisiaj: wszyscy (jako Kościół) jesteśmy w Chrystusie jednym Ciałem. „Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki”. (1 Kor, 26) Wzywanie do postu i modlitwy za grzechy naszych braci w Kościele nie powinno więc nikogo dziwić, więcej – powinniśmy się nim szczerze przejąć i modlitwę oraz post podjąć.

W dokumencie KEP znalazło się też PRZEPRASZAM polskiego Episkopatu skierowane do ofiar nadużyć oraz ich rodzin. To ważne słowa i dobrze, że padły.

Są natomiast w komunikacie KEP dwie rzeczy, które dziwią.

Pierwsza z nich, to stwierdzenie, że „aby dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów (pedofilii) i ocenić ich skalę, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych danych”.

Dopiero teraz? Problem jest znany w Kościele od wielu lat. Osiem lat temu (2010) Papież Benedykt XVI wystosował pamiętny List pasterski do katolików w Irlandii, z którego zresztą polscy biskupi (prawie) dokładnie cytują jeden fragment. Dwa lata temu oglądaliśmy na ekranach kin film „Spotlight” opowiadający na sposób sfabularyzowany o aferze pedofilskiej w kościele diecezji bostońskiej (USA), aferze z lat 70-tych XX wieku. Mieliśmy też rodzimą produkcję – „Kler” (2018).  Latem tego roku (2018) poznaliśmy raport na temat pedofilii wśród duchownych w Stanach Zjednoczonych – dokument, który powstawał przez półtora roku. Po drodze był też List do Ludu Bożego Papieża Franciszka (2018) i liczne artykuły prasowe i materiały dziennikarskie, które pojawiają się z różną częstotliwością od kilku lat. Naprawdę Episkopat Polski dopiero rozpoczyna zbieranie danych, które mogłyby pozwolić określić przyczyny i skalę przestępstw seksualnych popełnionych na nieletnich przez osoby duchowne, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych? Dlaczego tak późno?

Druga rzecz, która w komunikacie KEP dziwi to pominięcie jednego zdania w cytacie zaczerpniętym z Listu Benedykta XVI do Irlandczyków. Polscy biskupi posiłkują się cytatem z papieża Benedykta, kiedy zwracają się do sprawców przestępstw pedofilskich. Papież w ostrych słowach zarzuca sprawcom, że zdradzili młodych ludzi i ich rodziny oraz wzywa sprawców do podjęcia rachunku sumienia, mówi, że sami utracili szacunek w społeczności, a także okryli wstydem i hańbą swoich współbraci.

Ten fragment Listu do Irlandczyków niemal dosłownie pojawia się w dokumencie KEP w punkcie piątym zatytułowanym „Słowo do sprawców”. Niemal dosłownie – zabrakło w nim bowiem jednego zdania. Tego, w którym Benedykt XVI zwraca się do przestępców seksualnych na nieletnich tymi słowami: Musicie za to odpowiedzieć przed Bogiem wszechmogącym, a także przed odpowiednio powołanymi do tego sądami.

Dlaczego pominięto to zdanie w polskim dokumencie?

Gorące kakao na stulecie niepodległości

Mały Staś ciągnie pana Henryka za rękaw swetra.

– Dziadku, dziadku! – woła. – To kakao jest za gorące!

– Chodź, podmuchamy obaj, to od razu zrobi się w sam raz do picia – mówi pan Henryk sadowiąc się obok wnuka na kuchennym stołku.

Po chwili dmuchają razem nad kubkiem z parującym czekoladowym napojem. Kubek jest duży, nowy, Staś samodzielnie malował go w przedszkolu na biało-czerwono. Żeby był gotowy na święto, na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wszystkie dzieci w przedszkolu przygotowywały coś na święto.

– Beka zrobiła z bibuły biało-czerwony łańcuch. A Andrij pomalował jedną rękę na biało a drugą na czerwono i na taaaakiej wielkiej kartce odbijał swoje ręce! – opowiada z entuzjazmem Staś.

Beka przyjechała z Syrii, bo tam jest wojna. Razem z mamą i starszym bratem zamieszkali na osiedlu, tuż obok starego warzywniaka. Pani Maria, która prowadzi ten warzywniak od zawsze, powiedziała mamie Beki, że może przychodzić codziennie przed zamknięciem, to Pani Maria da jej trochę warzyw i owoców, z tych, co to się nie sprzedały. Pani Maria zawsze ma we włosach kolorową apaszkę, wpłata ją jakimś tajemniczym pokręconym sposobem w swoje długie siwe loki. Im bardziej kolorowa jest apaszka, tym bardziej Pani Marii się podoba. Teraz nosi z dumą syryjską, bo mama Beki dała jej jedną ze swoich.

Kakao ostygło już na tyle pod podmuchami Stasia i pana Henryka, że dało się w końcu wypić. Staś otarł rękawem bluzy mleczne wąsy pod nosem, po czym pobiegł do przedpokoju, żeby nałożyć buty. Słabo sobie jeszcze radzi ze sznurówkami, więc mama kupiła mu buty zapinane na rzepy i teraz Staś jest dumny, że zakłada swoje buty sam i to najszybciej ze wszystkich dzieciaków w przedszkolnej grupie.

– Idziemy? – oparł ręce na biodrach i wymownie spojrzał w stronę pana Henryka.

– Ależ oczywiście, Stasiu! – pan Henryk podniósł się z kuchennego stołka. – Pogodę mamy dzisiaj jak na zamówienie! Piękne listopadowe słońce.

Z salonu wychyliła się mama Stasia.

– Nie zapomniałeś o czymś? – zwróciła się do syna.

– Oooo, tak, moja flaga! – zawołał uradowany Staś wyjmując z ręki matki małą chorągiewkę w barwach narodowych.

– Wszyscy gotowi? – włączył się do rozmowy Szymon, tata Stasia.

Odpowiedział mu zgodny chór:

– Taaaaaak!!!

– Zatem na marsz ! – zakomenderował, a wszyscy posłusznie wytoczyli się na klatkę schodową.

Na ulicy włączyli się w tłum ciągnący w jednym kierunku. Wszyscy zmierzali na główny plac miasta, na którym zaplanowano uroczyste przemówienia, defiladę wojskową, a potem piknik z gorącą grochówką. Na rogu Pilskiej i Małej rozlokowała się kapela rockowa. „Janek Wiśniewski padł…”
ryczał do mikrofonu czarnowłosy wokalista, a bębniarz tłukł w gary z całych sił, jakby próbował go zagłuszyć.

Dwie ulice dalej, na skwerze, leży fragment wraku samolotu, przed nim palą się znicze, ludzie podchodzą, kładą kwiaty, pochylają głowy, zatrzymują się ze czcią, po czym idą dalej.

Przed budynkiem teatru rozłożyła się orkiestra wojskowa. Grają rotę. Dzieci biegają pomiędzy mundurowymi wymachując biało-czerwonymi chorągiewkami. Słońce przygrzewa. Dochodzi południe.

Wtem bicie dzwonów pobliskiej katedry oznajmia, że jest dwunasta. Wszyscy zatrzymują się tam, gdzie właśnie są i odśpiewują wspólnie hymn narodowy. „Jeszcze Polska nie zginęła…” wydobywa się z tysięcy gardeł. Mury pobliskich kamienic drżą od tego dźwięku. Nawet dzieci przestały ganiać i zatrzymały się u boku swoich rodziców. Gdzieś w tłumie mignęła Beka ze swoją mamą. W oddali powiewa tęczowa flaga. Obok kina grupa młodych chłopaków z wygolonymi głowami stoi na baczność i ryczy chyba najgłośniej ze wszystkich „póki my żyjemy!”. W rękach trzymają niebieskie proporce, każdy z dwunastoma złotymi gwiazdkami.

Na podwyższeniu sceny ustawionej przy pomniku powstańców warszawskich stoją obok siebie prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Andrzej Duda. Obok nich większość premierów, którzy pełnili ten urząd po 1989 roku, nie wszyscy, bo niektórzy już nie żyją. Stoją wśród biało-czerwonych sztandarów.

Gromkie brawa rozbrzmiały po odśpiewaniu hymnu. Polacy bili brawo sobie i swojej Ojczyźnie.

– Chodź Stasiu, pójdziemy teraz do kościoła – powiedziała mama Stasia, ujmując chłopaka za rękę.

– Ale wrócimy jeszcze na piknik, mamo? – woła radośnie Staś.

– Wrócimy, wrócimy, synku. Wieczorem będą tańce, więc sama chętnie przyjdę – uśmiecha się rzucając zalotne spojrzenie w kierunku męża.

W kościele za ołtarzem koncelebrują wspólnie trzej biskupi: jeden z białą stułą, drugi w bogato zdobionej miskowatej mitrze, którą u góry wieńczy ikona i trzeci w mitrze w kształcie stożka, pokrytej jedwabiem i tkanej złotą nicią. Kiedy wspólnie konsekrują Ciało Pańskie, wszyscy w kościele przyklękają. Pan Henryk czuje ból w lewym ramieniu. „Oj, przewiało dziadka” – mruczy pod nosem. Ramię boli, ale inaczej niż od przewiania, raczej tak, jakby je ktoś szarpał.

– Henryk, na litość Boską! Wstawajże, ileż można spać! – pani Jadwiga poszturchuje męża w lewe ramię. – Kakao ci przygotowałam do śniadania.

Ten dziwny Bóg

 

Dziś w liturgii dwa ważne teksty. Starochrześcijańska pieśń wprowadzona przez św. Pawła do listu do Filipian – słynny hymn o kenozie Boga w osobie Jezusa. (Flp 2,5-11) Kenosis – ogołocenie. Jeśli patrzymy na krzyż, to  widzimy na nim ogołocenie już nie tylko w przenośni, ale i w realu. Nagi jest. Jaki jest nasz Bóg każdy widzi. Czy na pewno?

Drugi dzisiejszy tekst może nam co nieco podpowiedzieć. Jaki ten nasz Bóg jest.

Przygotował ucztę, zaprasza na nią wielu, czyli wszystkich. W pierwszej kolejności zwraca się do tych, których zna i uważa za przyjaciół. Ale oni się wymigują, nie chcą przyjść. Widać nie tacy z nich przyjaciele, jak myślał. (Łk 14,15-24). Wtedy się wścieka. Normalne. Wykosztowałeś się, napracowałeś się, zaangażowałeś wiele osób do pomocy, cieszyłeś się na myśl o spotkaniu z bliskimi ci ludźmi, a twoim podobno-przyjaciołom się nie chce. Dalej już nie jest normalnie. Bo kto z nas wystawiony do wiatru przez najbliższych zwróciłby się do obcych, innych, którzy na co dzień pozostają poza orbitą naszych relacji? Zaprosiłby do domu pierwszych lepszych napotkanych na ulicy? Jasne, kultura się zmieniła. Nasze czasy różnią się od tych biblijnych. Ale uwaga. Także wtedy, dwa tysiące lat temu, pomysł zapraszania do domu włóczęgów, żebraków, chorych i innych społecznych wyrzutków był niedorzeczny.

Jaka więc jest właściwie wymowa tego tekstu? Jakiego Boga w nim spotykamy?

Ja spotykam takiego, który się poniża, zupełnie odsłania, ogałaca, który ignoruje społeczne konwenanse i nie boi się spotkania z drugim człowiekiem. Nie brzydzi się, nawet, jeśli ten drugi jest bezdomny, jakoś fizycznie niedoskonały, niedomyty, a może i nie całkiem trzeźwy. Spotykam takiego Boga, który nie zatrzymuje człowieka w progu, żeby zapytać, czy chodził co niedzielę do kościoła, nie pyta, czy sypiał z kimś innym niż własna żona, nie pyta, czy kiedyś ukradł bułkę, nie pyta, czy chodził na filmy Smarzowskiego, nie pyta nawet, czy zdarzyło mu się wątpić w Jego istnienie. Przyjmuje każdego, jeśli tylko chce przyjść.

Nie spotkałam zbyt wielu ludzi, którzy potrafiliby podobnie.

 

Ps.

Żeby nie było – nie namawiam do niechodzenia do kościoła, sypiania z kim popadnie i łamania innych przykazań. Ufam, że to jest jasne.

Słuchajmy papieża Franciszka

 

Niedawna rocznica wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową stałą się okazją m.in. do tego, by po raz kolejny uderzyć się w piersi i przyznać, że nie znamy nauczania Jana Pawła II. Co jakiś czas pojawiają się tego rodzaju stwierdzenia w prasie, czy zwyczajnie – w codziennych rozmowach. I faktycznie, przykre to, że pewnie niewielu Polaków czytało encykliki, adhortacje, listy, książki … naszego papieża. Karol Wojtyła, a potem Jan Paweł II zostawił sporą spuściznę. Papieżem był przez 27 lat, było więc sporo czasu, by go słuchać na bieżąco, może czasem sięgnąć po jakiś dokument. Być może faktycznie przespaliśmy trochę ten czas. Czy można to jakoś nadrobić? Tego nie wiem. Ale myślę, że jeśli ktoś odczuwa dzisiaj potrzebę zatrzymania się nad którymś z tekstów Jana Pawła II, to niech nie marnuje ani chwili, niech to robi. Zawsze warto iść za poruszeniem serca, które odczuwa pociąg, by jakiś tekst czy problem zgłębić.

Czytać samemu w zaciszu domowym zawsze można. Ale chodzi mi bardziej o to, żeby odpowiedzieć na potrzebę wspólnego pochylenia się nad pismami Jana Pawła II. Przecież można zaproponować powołanie takiej grupy przy jednej czy drugiej parafii. Myślę, że prawie każdy wikary poradzi sobie z poprowadzeniem tego rodzaju spotkań. I nie chodzi mi o jakieś odgórne zarządzenie, które nałoży na proboszczów urzędowy obowiązek zorganizowania w parafii grupy, która zajmowałaby się poznawaniem nauczania Jana Pawła II. Ale chodzi mi o takie zwyczajne zareagowanie na potrzebę. Jeśli też ktoś ze świeckich taką potrzebę odczuwa, to niech pójdzie do proboszcza i podzieli się tą swoją potrzebą. Może się okaże, że będzie takich głosów więcej, a proboszcz podejdzie do pomysłu przychylnie.

Niechże ludzie mają okazję usiąść wspólnie przy stole w salce parafialnej i pochylić się nad tekstem papieża Polaka. Niech wypiją razem herbatę, przegryzą ciastkiem i poczytają wspólnie  Redemptor hominis czy Ut unum sint. Może faktycznie, ci, co przegapili ten długi pontyfikat, chcieliby teraz poczytać Jana Pawła II.  Zresztą, zawsze warto.

Zachęcam też do tego, żeby słuchać i czytać papieża Franciszka. Znam co najmniej jedną grupę ludzi, którzy spotykają się, by wspólnie czytać jego teksty. Żeby nie przespać tego czasu, kiedy jest z nami.