Kościół mój

Wrocław. Pałac Biskupi (fot. Marek i Ewa Wojciechowscy)

„Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.

(Mt 16, 18-19)

Nowa Reszta katolicka

Jeśli ktoś sięgał po książki, w których porusza się temat tzw. rozwoju duchowego, to zapewne wie, że można rozróżnić pewne etapy drogi duchowej człowieka. U różnych autorów etapy te są opisane w  podobny sposób, z czego można wysnuć wniosek, że jest to droga typowa, którą przechodzi większość wierzących – jeśli tylko w relację z Bogiem wchodzą na poważnie. Mówi się więc zwykle kolejno o oczyszczeniu, oświeceniu i zjednoczeniu. Na te trzy podstawowe etapy nakłada się jeszcze proces obrazowany przez sprężynę – na całej drodze wiary jesteśmy raz na górze, a raz na dole. Inaczej mówiąc, rozwój jest ciągłym ruchem wznoszącym się, ale po drodze, zdarzają się wzloty i upadki: kryzysy i okresy rozkwitu. Nie byłoby jednych bez drugich. Jak ktoś już przeżył trochę takich kryzysów i rozkwitów, to wie, że to tak działa. Wie, że każdy kolejny kryzys jest szansą na poszerzenie serca, na lepsze poznanie Boga. I taki ktoś wie, że warto kryzys przeżyć „do dna”, przejść przez niego jak najbardziej rozumnie (pomimo towarzyszących temu zwykle dość silnych emocji) i wyjść z niego mocniejszym, mądrzejszym, bardziej kochającym.

Podobny proces dotyczy Kościoła. To, czego jesteśmy obecnie świadkami, a co dzieje się w samym Kościele i wokół niego, jest etapem bardzo silnego kryzysu. Wielu ludzi musi się skonfrontować z prawdą o instytucjonalnym kościele. Katedra moralności sama okazała się zepsuta w środku. Jest to więc czas wielkiej próby dla ludzi wierzących, którzy muszą się w tej kryzysowej sytuacji jakoś opowiedzieć. Jedni pewnie odejdą od Kościoła, bo nie dadzą rady słuchać moralnych pouczeń od reprezentantów skompromitowanej instytucji. Jeśli odejdą, wyleją dziecko z kąpielą, ale zrozumiem ich. Z bólem, ale zrozumiem. Inni w Kościele zostaną, tylko, że będą musieli być bardziej świadomi dlaczego nadal są ludźmi wierzącymi. Ta Reszta, stanie się zaczynem nowego ludu Bożego. Jaki będzie ten nowy lud Boży?

A jaki chcielibyśmy, aby był?

Kościół funkcjonuje dziś w przestrzeni publicznej, która nie jest mu jednoznacznie przyjazna. Społeczeństwo jako takie, stało się społeczeństwem bez Boga. Benedykt XVI odpowiadając na pytanie, dlaczego pedofilia mogła osiągnąć takie rozmiary, pisze, że powodem jest właśnie brak Boga.

Także my, chrześcijanie i księża, wolimy nie mówić o Bogu, ponieważ taka mowa nie wydaje się praktyczna. Po wstrząsie drugiej wojny światowej, my, w Niemczech, zaznaczyliśmy w naszej Konstytucji jeszcze bardziej stanowczo odpowiedzialność przed Bogiem będącym zasadą przewodnią. Pół wieku później nie było już możliwe przyjęcie w konstytucji europejskiej odpowiedzialności przed Bogiem jako zasadą przewodnią. Bóg jest postrzegany jako partyjna sprawa małej grupy i nie może już stanowić zasady przewodniej dla wspólnoty jako całości. W tej decyzji odzwierciedla się sytuacja Zachodu, gdzie Bóg stał się prywatną sprawą mniejszości”[i].

I trzeba to przyjąć do wiadomości. Duszpasterze mogą i powinni szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Ale najpierw ten stan rzeczy trzeba przede wszystkim zwyczajnie wziąć pod uwagę – właśnie w takim świecie obecnie żyjemy. I to też będzie miało wpływ na to, jaki będzie nowy lud Boży. Bo nowy lud Boży stworzą ludzie nam współcześni, a nie jakieś wyidealizowane modele katolickości.

Myślę, że podobnie jak w procesie rozwoju duchowego, Kościół znajduje się w fazie oczyszczenia. Zdaje się, że bp Grzegorz Ryś zauważył ostatnio przytomnie, że nie jest to ani pierwszy ani ostatni taki kryzys w Kościele, to się dzieje stale. Znaczy to, że muszą umrzeć pewne rzeczy, aby w swym wymiarze ludzkim, wspólnotowym Kościół stał się bliższy Bogu, bardziej do Niego podobny. Tak, jak każdy z nas, kto przechodził lub przechodzi swój etap oczyszczenia, tak też Kościół jako wspólnota musi stanąć w prawdzie, uznać swoją winę i przyjąć przebaczenie. Bez tego nie jest możliwy krok naprzód. A naprzód znaczy: ku Bogu.

Odnowiony Kościół

W Kościele trzyma mnie doświadczenie miłości Boga.  I to jest coś, czym chcę i mogę się dzielić. I to jest to, czym może się dzielić każdy, kto w Kościele miłości Boga doświadczył.

Powiem coś mało odkrywczego. To człowiek jest drogą Kościoła. Musisz dostrzec tego konkretnego człowieka, który stoi przed tobą. Musisz do  niego wyjść. W naszym zglobalizowanym i zwirtualizowanym świecie ludzie bardzo potrzebują realnej przyjaźni i miłości. Chciałabym, żeby taki był kościół nowej Reszty katolickiej – kochający człowieka.

Zatem karm się częstą lekturą Pisma Świętego, karm się indywidualną modlitwą sam na sam z Bogiem, karm się sakramentami. A potem idź kochać ludzi.

[i] „Kościół a skandal wykorzystywania seksualnego”, tekst opublikowany w niemieckim czasopiśmie „Klerusblatt” 11 kwietnia 2019 roku;

Zero tolerancji

My, katolicy, świeccy i duchowni, wyrażamy głęboki żal z powodu przestępstw na tle seksualnym popełnionych przez księży polskiego Kościoła katolickiego. W pełni solidaryzujemy się z ofiarami tych przestępstw – dziećmi i dorosłymi. My, katolicy, czujemy się odpowiedzialni za Kościół, który współtworzymy, dlatego jako wspólnota wierzących chcemy dzisiaj powiedzieć wszystkim skrzywdzonym: jesteśmy z Wami.

Żądamy, aby Konferencja Episkopatu Polski jasno i wyraźnie przeprosiła ofiary przestępstw seksualnych za brak stanowczych działań nakierowanych na pomoc ofiarom.

Chcemy, aby Kościół był przestrzenią bezpieczną, w której w sposób wzorcowy realizowane jest prawo miłości Boga i bliźniego. Chcemy, aby nasi pasterze prowadzili nas nie tylko słowem, ale przede wszystkim przykładem własnego życia zgodnego z ewangelią.

Wzywamy biskupów polskiego Kościoła katolickiego: usłuchajcie głosu ludzi wierzących i nawróćcie się. Wzywamy Was do podjęcia publicznej pokuty za grzechy zaniedbania i zaniechania przy wyjaśnianiu zgłoszonych przestępstw pedofilii i innych przestępstw o charakterze seksualnym. My, wierzący, będziemy Was w tej pokucie wspierać modlitwą.

My, katolicy, przyjdziemy do naszych kościołów w niedzielę 07 kwietnia 2019, by wspólnie się modlić. Przypniemy do naszych ubrań czerwone wstążki, aby w ten sposób wyrazić naszą solidarność z ofiarami.

W obronie kanonicznej ikony

Po wiekach nieobecności ikony w zachodnim chrześcijaństwie wraca do nas dzisiaj ten rodzaj sztuki religijnej. Od jakichś kilkudziesięciu lat odżywa wśród katolików zainteresowanie ikoną (podobnie zresztą, zainteresowanie klasyczną bizantyńską ikoną odżywa w prawosławiu, tyle, że po nieco krótszej przerwie). Dzisiaj można wręcz mówić o modzie na ikonę. I można by się z tego cieszyć, gdyby nie fakt, że modzie nie towarzyszy, niestety, chęć rzeczywistego poznania ikony. Powstają prace, z pozoru tylko przypominające ikony i są rozpowszechniane jako ikony powodując tym samym zamęt w głowach ludzi z ikoną nieobeznanych. W moim odczuciu, takie działania są szkodliwe dla wielowiekowej tradycji ikonograficznej oraz dla takiego rodzaju duchowości, jaki proponuje nam kanoniczna ikona – prostej duchowości ewangelicznej.

Ewangeliczna prostota ikony

Trudno zaprzeczyć istnieniu różnorodnych form duchowości. Wszystkie one odpowiadają niejednakowym przecież potrzebom duchowym poszczególnych ludzi, które są związane z różnorodnością charakterów, mentalności, sposobów wychowania… Nie jesteśmy wszyscy tacy sami, więc modlimy się także w zróżnicowany sposób. Jedni w grupach charyzmatycznych, inni w całkowitej ciszy, jeszcze inni preferują proste modlitwy w niewielkich grupach, typu nowenny, różaniec itp. Ktoś woli pójść na grupkę biblijną, a ktoś inny w tym czasie wybierze adorację Najświętszego Sakramentu. Istnieje w tym zakresie duża różnorodność i dobrze, bo dzięki temu każdy może odnaleźć w Kościele swoje miejsce.

Przez długi czas przedstawienia ikonograficzne karmiły szerokie rzesze wierzących, ten sposób obrazowania był czytelny dla wielu, może nawet dla wszystkich, ikona była więc – można powiedzieć – uniwersalnym środkiem wyrazu. Dzisiaj już tak nie jest. Myślę, że powody są co najmniej dwa.

Po pierwsze, w czasach kiedy powstawały pierwsze ikony (prawdopodobnie niemal od początku chrześcijaństwa), ten sposób malowania był jedynym znanym, to było wówczas po prostu malarstwo. Obecnie znamy wiele stylów malarskich, na przestrzeni wieków rozwinęły się – zwłaszcza w nurcie zachodniej sztuki – bardzo zróżnicowane kierunki, sztuka wyszła też z przestrzeni kościelnej, która początkowo była dla niej środowiskiem naturalnym. Dzisiaj kanoniczna ikona jest tylko jednym z wielu stylów malarskich.

Po drugie, to co spotyka dzisiaj kanoniczną ikonę, zwłaszcza w kręgach katolickich, ujawnia – moim zdaniem – jak bardzo odeszliśmy w naszej duchowości od prostoty Ewangelii. W ogóle słabo znamy Pismo Święte. Biblijna symbolika jest dla nas trudna, żeby nie powiedzieć, nieczytelna. Dzisiaj trzeba tłumaczyć co opowiada ikona przedstawiająca na przykład scenę Przemienienia Pańskiego, chociaż ta ikona obrazuje po prostu to, co jest napisane w Piśmie Świętym.

Podstawowe zasady kanoniczne

Ikona ma swoją wielowiekową tradycję. Pierwsze przedstawienia ikonograficzne pochodzą z początku chrześcijaństwa, znamy takie, które powstały w VI wieku i udało im się przetrwać do dzisiaj. Ikonoklazm (VIII wiek) zmusił Kościół do zajęcia stanowiska w sprawie  ikonografii: czy wolno nam w ogóle malować Boga, a jeśli tak to w jaki sposób? Odpowiedzi udzielił ostatecznie sobór nicejski w 787 roku i odpowiedzi te oparte były na dogmatach chrystologicznych. Stały się one podstawą dla powstających od tamtego czasu tzw. kanonów ikonograficznych, tzn. zbiorów zasad, które mówią jak powinna być namalowana ikona.

Podstawowa sprawa dotyczy tego, co ikona w ogóle przedstawia. Otóż przedstawia Boga – Chrystusa, Syna Bożego. Przedstawia również świętych oraz sceny ewangeliczne. Krótko mówiąc, przedstawia na desce świat przebóstwiony, ten świat będący „po drugiej stronie”. Ponieważ nikt z nas nie wie, jak wygląda niebo – bo tam nie był – ikonografia ustaliła własny język, żeby za jego pomocą opowiadać nam o rzeczywistości nieba. Jest to język symboli, które są w ikonografii stałe, powtarzalne i dzięki nim możemy czytać tajemnice Boże opowiedziane na ikonach. Pod warunkiem, oczywiście, że poznamy ten język ikonowych symboli.

Ikona przedstawia świat przebóstwiony. Dlatego na pytanie koleżanki, czy namalowałbym na desce jej portret tak, żeby wyglądał jak ikona, odpowiadam: nie, takie rzeczy to nie u mnie.

Ikona posługuje się tzw. odwróconą perspektywą, rezygnuje z trójwymiarowości, przedstawia postaci w specyficzny sposób – frontalnie zwrócone ku patrzącemu, nadaje znaczenia kolorom. To piękny i naprawdę prosty język. Ale jednak trzeba go poznać, żeby się nim posługiwać.

Bardzo istotny jest również cel, dla jakiego ikona w ogóle powstaje. Ona powstaje na chwałę Bożą. Malowanie ikon to swoista służba w Kościele. Ikonograf całkowicie chowa się za swoją pracą, pozostaje anonimowy – dlatego ikon się nie podpisuje. Błyszczy ten, kto na ikonie został przedstawiony, a nie ten, który malował. Ten, kto na ikonie został przedstawiony jest już w chwale nieba, odbija blask Najwyższego – i jest dla nas towarzyszem na drodze prowadzącej do tego samego celu. Ma nas prowadzić, pomagać przemieniać się i stawać się jak Bóg.

Dlatego w ikonografii nie chodzi o to, by wyróżnić się nowym pomysłem, nowatorskim wzorem, ani tym bardziej, by wyrazić siebie, swoje emocje. Nie bronię nikomu malować ekspresyjnie, w całkowitej wolności, poszukiwać nowych wzorów, nowej symboliki i sposobów wyrazu. Niech maluje.

Pytam tylko – czy naprawdę wszystko, co dzisiaj zostaje namalowane, musi się od razu nazywać ikoną?

Czy jeśli obrazu nie nazwiemy ikoną, to on już nie może nam się dzisiaj podobać?

Czy może jest tak – powiem brutalnie – że ikona się dzisiaj sprzedaje, więc wszyscy malują „ikony”, bez względu na to ile one mają faktycznie wspólnego z kanoniczną ikonografią?

Kanoniczny kaganiec?

Czy malowanie ikon polega więc wyłącznie na rzemieślniczym kopiowaniu istniejących wzorów? Czy kanon ikonograficzny to zbiór sztywnych zasad, który ograniczają wolność twórcy?

Ci, co poznali zasady kanoniczne wiedzą, że one nie są ograniczeniem. Kanon pozostawia twórcy  całkiem spore pole manewru. Okazuje się, że można wypracować indywidualny styl. Jesteśmy w stanie odróżnić ikony Andrieja Rublowa od ikon ojca Zinona, czy prac na przykład współczesnego rosyjskiego ikonopisa Georgya Gasheva. Ich ikony są kanoniczne, a przy tym bardzo różnią się od siebie.

Wiele osób maluje dzisiaj ikony na sposób rzemieślniczy, to znaczy tworząc kopie istniejących już obrazów. Nie ma w tym niczego złego, jeśli tylko przy kopiowaniu korzysta się z naprawdę dobrych wzorów i jeśli to, co ostatecznie wychodzi spod ręki takiego ikonopisa-rzemieślnika zachowuje jakiś poziom pod względem plastycznym. Tego rodzaju ikonopisarstwo stało się dzisiaj pewną drogą duchową i myślę, że to bardzo dobra droga. Pod warunkiem, że prowadzi nas na niej dobry mistrz – to znaczy taki, który nie tylko uczy jak używać pędzelka, ale też kształtuje w nas ewangeliczną miłość  Boga i bliźniego. Poziom artystyczny prac, które powstają nie jest bez znaczenia, ostatecznie wyciągamy rękę by malować Boga.

Czy to jeszcze ikona?

Bywam nieraz pytana co myślę o ikonie Pneumatofory, nazywanej Matką Bożą niosącą Ducha. Muszę powiedzieć, że taki sposób malowania jest daleki od mojej duchowości. Maryję jako przepełnioną Duchem Świętym przedstawiłabym na ikonie zupełnie inaczej, nie poprzez włożenie w jej dłonie gołąbka. Tytuł „niosąca Ducha” jest dla mnie z kolei niezrozumiały, bo Osobę Ducha Świętego czytam chrystologicznie (polecam w tym temacie książkę „Słowo i Tchnienie” Yves’a Congara OP wydaną niedawno przez Wydawnictwo WAM). Zwracam też uwagę, że na niektórych kopiach tego wzoru Matka Boża ma oczy malowane na wzór postaci z bajek Disney’a – wielkie, nienaturalne, przesłodzone, ozdobione wydatnymi i sztucznie wywiniętymi rzęsami. I to już przestaje być ikoną.

Ale oryginałowi nie można odmówić cech kanonicznej ikony. Co pokazuje raz jeszcze, że można zmieścić się w kanonie pozostając oryginalnym.

Swoją drogą, jest coś chyba na rzeczy, skoro spotykam się z pytaniami, co myślę o ikonie Pneumatofory, a nikt nie pyta, co myślę na przykład o ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Widać ta druga nie budzi niczyich wątpliwości.

Istnieje też przedstawienie nazywane Ikoną spotkań małżeńskich.

I to już nie jest ikona. Symbolika tego przedstawienia jest zupełnie nie-ikonowa. Naprawdę, namalowanie czegoś na desce i w dwuwymiarze nie powoduje jeszcze, że to staje się od razu ikoną.

Mogę postawić następujące pytania pod adresem tego obrazu:

Kogo przedstawia ten obraz? Postaci na ikonach są podpisane swoimi imionami, to są konkretni ludzie. Kim są ci z przedstawienia spotkań małżeńskich?

Malarstwo ikonowe jest naturalne, to oznacza na przykład tyle, że przedstawia człowieka jako istotę posiadającą twarz. Nie pół twarzy, tylko twarz. Przedstawienie na ikonie postaci z profilu jest symbolicznym przedstawieniem kłamcy.

Nimb krzyżowy jest w ikonografii atrybutem wyłącznie Chrystusa. Użycie go w tym przedstawieniu jest w moim odczuciu nadużyciem.

Poza tym, muszę powiedzieć, że podoba mi się pomysł przedstawienia małżeństwa jako twarzy skompilowanej na wzór twarzy Chrystusa z dwóch połówek twarzy kobiety i mężczyzny. Tylko, że to nie jest ikona. To jest po prostu zupełnie innego rodzaju symbolika.

Podsumowując jednym zdaniem. Chciałabym, aby uszanowano tradycyjny kanon ikonograficzny, kanon rozumiany jako pewne ramy, wewnątrz których może poruszać się ikonopis, kanon z jego symboliką, teologią, klasycznym pięknem. Naprawdę, nie każdy obraz musi się od razu nazywać ikoną.

Stać cię?

Czytamy teraz w liturgii pierwszy list św. Jana. Zawsze bardzo lubiłam ten tekst. Ilekroć go czytam, tylekroć odczuwam poryw serca – ku prostocie, ku prawdzie, ku miłości. O Janie mówi się, że spośród ewangelistów ma najbardziej wyrafinowaną teologię, pełną metafor, wzniosłą, najbardziej dojrzałą, bo powstałą już z pewnej perspektywy czasowej. To fakt. A jednak czytając go, karmię moje chrześcijańskie umiłowanie wolności i prostoty. Nawet więcej niż moje umiłowanie wolności – moją wolność karmię po prostu.

Jan w swoim liście pisze przede wszystkim o życiu, o miłości, o byciu jak Bóg, o tym, jak rozpoznać, kto faktycznie Boga poznał i w Nim trwa, a kto jest fałszywym świadkiem, czyli kłamcą po prostu. Jan mówi, że nowina, którą usłyszał od Jezusa jest taka, że Bóg jest światłością i że nie ma w Nim żadnej ciemności, że ten, kto żyje wespół z Bogiem w Jego światłości, jest uwolniony od grzechów.

Ale list Jana to nie jest słodki tekst, który ma nas pogłaskać, dopieścić, zrobić nam dobrze. Tam jest bardzo wiele radykalnych słów, które pokazują, gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo, co jest czarne, a co białe.

Jest ktoś, do kogo żywisz urazę, nienawiść? Nie łudź się, nie możesz jednocześnie uważać się za bezgrzesznego. W jednym sercu nie może współistnieć miłość z nienawiścią. Jedno wyklucza drugie. Jeśli więc jest ktoś, do kogo żywisz takie uczucie, to ono oddala cię od Boga, nawet jeśli wydaje ci się, że ta niechęć do kogoś jest dla twojej wiary zupełne bez znaczenia. Nie chodzi o jakąś chwilową złość, bo ktoś cię swoim zachowaniem wyprowadził z równowagi, ale chodzi o trwały stosunek do jakiejś osoby. Nienawiść zżera od środka, jesteś nią tak zaabsorbowany, że nie możesz jednocześnie kochać. Co ciekawe, zwykle nawet tego nie widzisz.

Zdecydowanie ciekawsze są jednak dla mnie słowa Jana, w których pokazuje on niejako drugą stronę tego samego medalu. Jan mówi, że ten, kto kocha swego brata, trwa w światłości i nie może się potknąć. Nam się tu zwykle włącza lampka – tak, tak, ale pamiętaj, że i tak zawsze jesteś grzesznikiem! Myślę, że ta lampka włącza się tym, którzy nie potrafią zanurzyć się w miłości na całego. Ten, kto trwa w światłości nie może się potknąć. Kto trwa w Bogu, nie grzeszy. Spróbuj zatrzymać się na takim stwierdzeniu.

Bardzo istotna jest u Jana weryfikacja naszej deklarowanej wiary. Nie chodzi o to, żeby pięknie mówić, ale żeby rzeczywiście żyć tak, jak pokazał nam Jezus. Mówić właściwie wcale nie trzeba. Boga zna naprawdę ten, kto zachowuje Jego przykazania. Mówić możesz co chcesz, możesz opowiadać o swojej zażyłości z Bogiem niekończące się historie. Zweryfikuje cię jedno wyjście na ulicę – do ludzi. Spotkanie z drugim człowiekiem, to kim się w takim spotkaniu okażesz – sędzią, czy obrońcą; katem, czy miłosiernym bliźnim; raniącym, czy opatrującym rany – to powie o tobie prawdę.

Ci, którzy z Bogiem są naprawdę blisko, niewiele o tym opowiadają.

Piszę to wszystko i mam poczucie, że nie wnosi to niczego nowego. Że wielu z nas już to gdzieś słyszało, albo gdzieś czytało. Że to kolejne rozważanie, które gładko przepłynie przez katolickie uszy, jak zaliczone niedzielne kazanie. Możemy słuchać kazań, czytać Pismo Święte, sięgać nawet do różnych tekstów, książek bardziej lub mniej duchowych, jeździć na rekolekcje, chodzić na spotkania grup modlitewnych … i nic to w naszym życiu nie zmieni.

Chciałoby się powiedzieć: troszczysz się o wiele, a potrzeba tylko jednego.

Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o chrześcijaństwie a życiem chrześcijaństwem. Jest istotna różnica pomiędzy czytaniem o Bogu, a życiem z Nim. To jest taka różnica jak pomiędzy żyć a nie żyć. Dopóki nie zaryzykujesz zaufania Bogu, nigdy się nie dowiesz, co On może ci dać. Możesz o tym poczytać w pobożnych książkach, a nawet w samej Biblii, tylko, że to będzie ciągle poziom dowiadywania się o czymś z bezpiecznej odległości. Możesz zmarnować całe życie na tego rodzaju „poznawanie” Boga. Jeden dzień spędzony z Nim da Ci więcej, niż przeczytanie całej biblioteki watykańskiej. Da Ci osobiste doświadczenie, rzecz niczym niezastępowalną.

Ale coś za coś – doświadczenia nie zdobywa się z książek. Żeby poczuć wiatr wiejący na szczycie góry, trzeba na ten szczyt wejść. Tak, owszem, można się przy tym nieźle poobijać. To nie to samo, co przeczytać relację z wyprawy alpinistów. Czujesz różnicę? Stać cię na takie ryzyko?

Taki Izajasz dla Jana od Krzyża

Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: „Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!” (Iz 48,17-19)

zdjęcie pochodzi z: www.karmel.pl

W kościele powszechnym dzień Jana od Krzyża ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W klasztorach karmelitańskich to uroczystość. Liturgia podarowała Janowi od Krzyża czytanie z księgi Izajasza – jak co roku, taki czas. Wypadło mu umrzeć 14 grudnia 1591 roku i w związku z tym wspominamy jego odejście do Pana właśnie w okresie Adwentu. A przez Adwent – jak wiadomo – prowadzi nas Izajasz.

O Janie od Krzyża napisano więcej, niż byłaby w stanie pomieścić moja osiedlowa biblioteka. Czasem wydaje mi się, że każdy kto tylko nieco liźnie literatury z dziedziny duchowości, zaraz czuje się uprawniony do komentowania dzieł tego świętego. Mniej chyba jest rozważań o tym, jak to, co ten karmelita pisał, zrealizowało się w jego życiu. I ten, być może niedobór, uzupełnia jakby mimochodem, przewidziany na dzisiaj fragment księgi proroka Izajasza.

„Jam jest Pan, twój Bóg” – pada więc na początek.

Od przyjęcia tych słów rozpoczyna się przygoda z Panem Bogiem. Jana ta przygoda prowadzi do mistyki. Czyli do czego właściwie?

Wielu ludzi słysząc o mistyce i mistykach sztywnieje i wycofuje się kręcąc głową – nie, nie, to nie dla mnie. Jakoś tak się w naszej religijności utarło, że mistykę bierzemy za bujanie w chmurach, duchowe omdlenia, przemieszczanie się płynnie pół metra nad ziemią. Z dzieł napisanych przez wielkich mistyków wydobywamy w ten sposób rzeczy najmniej istotne. Najwięksi mistycy, jakich znam osobiście, to ludzie bardzo mocno stąpający po ziemi i z wyjątkowo trzeźwym osądem rzeczywistości. Mam na myśli osoby znane mi osobiście i aktualnie żyjące. Myślę, że autentyczny mistyk ma w sobie niebywałą pewność i głęboki spokój (patrz: Izajasz), które pozwalają mu widzieć sprawy takimi, jakie one faktycznie są. Widzi więc dobro, tam, gdzie ono jest i widzi zło, tam, gdzie ono jest. Potrafi je nazwać – co ważne – z całkowitym spokojem, bez lęku. Te umiejętności to nie jest mistyka, to są owoce mistyki.

Mistyka natomiast to pewien sposób życia. Taki, w którym Bóg jest wszystkim, Jemu podporządkowane jest wszystko, a cała osoba pozostaje oddana wyłącznie Jemu. Żadnych kompromisów, żadnego wydzielania siebie – trochę Bogu oddam, ale trochę siebie jednak sobie zostawię. Mistyka to sposób życia, w którym Bóg jest stale obecny w świadomości człowieka, co znaczy, że ten człowiek stale się modli, jak to mówią – przylgnął sercem do Boga. Akcentuję to, że chodzi o uświadomioną obecność Boga, bo On jest w naszym życiu obecny zawsze, czy o tym myślimy, czy nie. Ale dopiero jeśli o Nim myślimy, za Nim tęsknimy, do Niego wracamy myślami, Jemu chcemy sprawiać przyjemność – dopiero wtedy rodzi się między nami więź, która silnie wpływa na nasze życie. Ta uświadomiona obecność Boga doprowadza czasem do obopólnego zjednoczenia. Uhuhu, to dopiero!

Mistyka jest sposobem realizacji chrześcijańskiego powołania, bo wszyscy jesteśmy powołani do jedności z Bogiem. Dziwne to więc, że tak wielu z nas reaguje: nie, nie to nie dla mnie. To tylko pokazuje, jak bardzo mało poważnie traktujemy nasze chrześcijaństwo. Ci, którzy odważą się przekroczyć próg „religijnej poprawności” i wejść na wody mistyki, gdzie obowiązuje tylko jedna zasada – zasada miłości – mają bardzo, ale to bardzo pod górkę z „porządnymi chrześcijanami”. Jak i zresztą Jan od Krzyża miał.

„Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!”