Po wiekach nieobecności ikony w zachodnim chrześcijaństwie wraca do nas dzisiaj ten rodzaj sztuki religijnej. Od jakichś kilkudziesięciu lat odżywa wśród katolików zainteresowanie ikoną (podobnie zresztą, zainteresowanie klasyczną bizantyńską ikoną odżywa w prawosławiu, tyle, że po nieco krótszej przerwie). Dzisiaj można wręcz mówić o modzie na ikonę. I można by się z tego cieszyć, gdyby nie fakt, że modzie nie towarzyszy, niestety, chęć rzeczywistego poznania ikony. Powstają prace, z pozoru tylko przypominające ikony i są rozpowszechniane jako ikony powodując tym samym zamęt w głowach ludzi z ikoną nieobeznanych. W moim odczuciu, takie działania są szkodliwe dla wielowiekowej tradycji ikonograficznej oraz dla takiego rodzaju duchowości, jaki proponuje nam kanoniczna ikona – prostej duchowości ewangelicznej.

Ewangeliczna prostota ikony

Trudno zaprzeczyć istnieniu różnorodnych form duchowości. Wszystkie one odpowiadają niejednakowym przecież potrzebom duchowym poszczególnych ludzi, które są związane z różnorodnością charakterów, mentalności, sposobów wychowania… Nie jesteśmy wszyscy tacy sami, więc modlimy się także w zróżnicowany sposób. Jedni w grupach charyzmatycznych, inni w całkowitej ciszy, jeszcze inni preferują proste modlitwy w niewielkich grupach, typu nowenny, różaniec itp. Ktoś woli pójść na grupkę biblijną, a ktoś inny w tym czasie wybierze adorację Najświętszego Sakramentu. Istnieje w tym zakresie duża różnorodność i dobrze, bo dzięki temu każdy może odnaleźć w Kościele swoje miejsce.

Przez długi czas przedstawienia ikonograficzne karmiły szerokie rzesze wierzących, ten sposób obrazowania był czytelny dla wielu, może nawet dla wszystkich, ikona była więc – można powiedzieć – uniwersalnym środkiem wyrazu. Dzisiaj już tak nie jest. Myślę, że powody są co najmniej dwa.

Po pierwsze, w czasach kiedy powstawały pierwsze ikony (prawdopodobnie niemal od początku chrześcijaństwa), ten sposób malowania był jedynym znanym, to było wówczas po prostu malarstwo. Obecnie znamy wiele stylów malarskich, na przestrzeni wieków rozwinęły się – zwłaszcza w nurcie zachodniej sztuki – bardzo zróżnicowane kierunki, sztuka wyszła też z przestrzeni kościelnej, która początkowo była dla niej środowiskiem naturalnym. Dzisiaj kanoniczna ikona jest tylko jednym z wielu stylów malarskich.

Po drugie, to co spotyka dzisiaj kanoniczną ikonę, zwłaszcza w kręgach katolickich, ujawnia – moim zdaniem – jak bardzo odeszliśmy w naszej duchowości od prostoty Ewangelii. W ogóle słabo znamy Pismo Święte. Biblijna symbolika jest dla nas trudna, żeby nie powiedzieć, nieczytelna. Dzisiaj trzeba tłumaczyć co opowiada ikona przedstawiająca na przykład scenę Przemienienia Pańskiego, chociaż ta ikona obrazuje po prostu to, co jest napisane w Piśmie Świętym.

Podstawowe zasady kanoniczne

Ikona ma swoją wielowiekową tradycję. Pierwsze przedstawienia ikonograficzne pochodzą z początku chrześcijaństwa, znamy takie, które powstały w VI wieku i udało im się przetrwać do dzisiaj. Ikonoklazm (VIII wiek) zmusił Kościół do zajęcia stanowiska w sprawie  ikonografii: czy wolno nam w ogóle malować Boga, a jeśli tak to w jaki sposób? Odpowiedzi udzielił ostatecznie sobór nicejski w 787 roku i odpowiedzi te oparte były na dogmatach chrystologicznych. Stały się one podstawą dla powstających od tamtego czasu tzw. kanonów ikonograficznych, tzn. zbiorów zasad, które mówią jak powinna być namalowana ikona.

Podstawowa sprawa dotyczy tego, co ikona w ogóle przedstawia. Otóż przedstawia Boga – Chrystusa, Syna Bożego. Przedstawia również świętych oraz sceny ewangeliczne. Krótko mówiąc, przedstawia na desce świat przebóstwiony, ten świat będący „po drugiej stronie”. Ponieważ nikt z nas nie wie, jak wygląda niebo – bo tam nie był – ikonografia ustaliła własny język, żeby za jego pomocą opowiadać nam o rzeczywistości nieba. Jest to język symboli, które są w ikonografii stałe, powtarzalne i dzięki nim możemy czytać tajemnice Boże opowiedziane na ikonach. Pod warunkiem, oczywiście, że poznamy ten język ikonowych symboli.

Ikona przedstawia świat przebóstwiony. Dlatego na pytanie koleżanki, czy namalowałbym na desce jej portret tak, żeby wyglądał jak ikona, odpowiadam: nie, takie rzeczy to nie u mnie.

Ikona posługuje się tzw. odwróconą perspektywą, rezygnuje z trójwymiarowości, przedstawia postaci w specyficzny sposób – frontalnie zwrócone ku patrzącemu, nadaje znaczenia kolorom. To piękny i naprawdę prosty język. Ale jednak trzeba go poznać, żeby się nim posługiwać.

Bardzo istotny jest również cel, dla jakiego ikona w ogóle powstaje. Ona powstaje na chwałę Bożą. Malowanie ikon to swoista służba w Kościele. Ikonograf całkowicie chowa się za swoją pracą, pozostaje anonimowy – dlatego ikon się nie podpisuje. Błyszczy ten, kto na ikonie został przedstawiony, a nie ten, który malował. Ten, kto na ikonie został przedstawiony jest już w chwale nieba, odbija blask Najwyższego – i jest dla nas towarzyszem na drodze prowadzącej do tego samego celu. Ma nas prowadzić, pomagać przemieniać się i stawać się jak Bóg.

Dlatego w ikonografii nie chodzi o to, by wyróżnić się nowym pomysłem, nowatorskim wzorem, ani tym bardziej, by wyrazić siebie, swoje emocje. Nie bronię nikomu malować ekspresyjnie, w całkowitej wolności, poszukiwać nowych wzorów, nowej symboliki i sposobów wyrazu. Niech maluje.

Pytam tylko – czy naprawdę wszystko, co dzisiaj zostaje namalowane, musi się od razu nazywać ikoną?

Czy jeśli obrazu nie nazwiemy ikoną, to on już nie może nam się dzisiaj podobać?

Czy może jest tak – powiem brutalnie – że ikona się dzisiaj sprzedaje, więc wszyscy malują „ikony”, bez względu na to ile one mają faktycznie wspólnego z kanoniczną ikonografią?

Kanoniczny kaganiec?

Czy malowanie ikon polega więc wyłącznie na rzemieślniczym kopiowaniu istniejących wzorów? Czy kanon ikonograficzny to zbiór sztywnych zasad, który ograniczają wolność twórcy?

Ci, co poznali zasady kanoniczne wiedzą, że one nie są ograniczeniem. Kanon pozostawia twórcy  całkiem spore pole manewru. Okazuje się, że można wypracować indywidualny styl. Jesteśmy w stanie odróżnić ikony Andrieja Rublowa od ikon ojca Zinona, czy prac na przykład współczesnego rosyjskiego ikonopisa Georgya Gasheva. Ich ikony są kanoniczne, a przy tym bardzo różnią się od siebie.

Wiele osób maluje dzisiaj ikony na sposób rzemieślniczy, to znaczy tworząc kopie istniejących już obrazów. Nie ma w tym niczego złego, jeśli tylko przy kopiowaniu korzysta się z naprawdę dobrych wzorów i jeśli to, co ostatecznie wychodzi spod ręki takiego ikonopisa-rzemieślnika zachowuje jakiś poziom pod względem plastycznym. Tego rodzaju ikonopisarstwo stało się dzisiaj pewną drogą duchową i myślę, że to bardzo dobra droga. Pod warunkiem, że prowadzi nas na niej dobry mistrz – to znaczy taki, który nie tylko uczy jak używać pędzelka, ale też kształtuje w nas ewangeliczną miłość  Boga i bliźniego. Poziom artystyczny prac, które powstają nie jest bez znaczenia, ostatecznie wyciągamy rękę by malować Boga.

Czy to jeszcze ikona?

Bywam nieraz pytana co myślę o ikonie Pneumatofory, nazywanej Matką Bożą niosącą Ducha. Muszę powiedzieć, że taki sposób malowania jest daleki od mojej duchowości. Maryję jako przepełnioną Duchem Świętym przedstawiłabym na ikonie zupełnie inaczej, nie poprzez włożenie w jej dłonie gołąbka. Tytuł „niosąca Ducha” jest dla mnie z kolei niezrozumiały, bo Osobę Ducha Świętego czytam chrystologicznie (polecam w tym temacie książkę „Słowo i Tchnienie” Yves’a Congara OP wydaną niedawno przez Wydawnictwo WAM). Zwracam też uwagę, że na niektórych kopiach tego wzoru Matka Boża ma oczy malowane na wzór postaci z bajek Disney’a – wielkie, nienaturalne, przesłodzone, ozdobione wydatnymi i sztucznie wywiniętymi rzęsami. I to już przestaje być ikoną.

Ale oryginałowi nie można odmówić cech kanonicznej ikony. Co pokazuje raz jeszcze, że można zmieścić się w kanonie pozostając oryginalnym.

Swoją drogą, jest coś chyba na rzeczy, skoro spotykam się z pytaniami, co myślę o ikonie Pneumatofory, a nikt nie pyta, co myślę na przykład o ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Widać ta druga nie budzi niczyich wątpliwości.

Istnieje też przedstawienie nazywane Ikoną spotkań małżeńskich.

I to już nie jest ikona. Symbolika tego przedstawienia jest zupełnie nie-ikonowa. Naprawdę, namalowanie czegoś na desce i w dwuwymiarze nie powoduje jeszcze, że to staje się od razu ikoną.

Mogę postawić następujące pytania pod adresem tego obrazu:

Kogo przedstawia ten obraz? Postaci na ikonach są podpisane swoimi imionami, to są konkretni ludzie. Kim są ci z przedstawienia spotkań małżeńskich?

Malarstwo ikonowe jest naturalne, to oznacza na przykład tyle, że przedstawia człowieka jako istotę posiadającą twarz. Nie pół twarzy, tylko twarz. Przedstawienie na ikonie postaci z profilu jest symbolicznym przedstawieniem kłamcy.

Nimb krzyżowy jest w ikonografii atrybutem wyłącznie Chrystusa. Użycie go w tym przedstawieniu jest w moim odczuciu nadużyciem.

Poza tym, muszę powiedzieć, że podoba mi się pomysł przedstawienia małżeństwa jako twarzy skompilowanej na wzór twarzy Chrystusa z dwóch połówek twarzy kobiety i mężczyzny. Tylko, że to nie jest ikona. To jest po prostu zupełnie innego rodzaju symbolika.

Podsumowując jednym zdaniem. Chciałabym, aby uszanowano tradycyjny kanon ikonograficzny, kanon rozumiany jako pewne ramy, wewnątrz których może poruszać się ikonopis, kanon z jego symboliką, teologią, klasycznym pięknem. Naprawdę, nie każdy obraz musi się od razu nazywać ikoną.