Mały Staś ciągnie pana Henryka za rękaw swetra.

– Dziadku, dziadku! – woła. – To kakao jest za gorące!

– Chodź, podmuchamy obaj, to od razu zrobi się w sam raz do picia – mówi pan Henryk sadowiąc się obok wnuka na kuchennym stołku.

Po chwili dmuchają razem nad kubkiem z parującym czekoladowym napojem. Kubek jest duży, nowy, Staś samodzielnie malował go w przedszkolu na biało-czerwono. Żeby był gotowy na święto, na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wszystkie dzieci w przedszkolu przygotowywały coś na święto.

– Beka zrobiła z bibuły biało-czerwony łańcuch. A Andrij pomalował jedną rękę na biało a drugą na czerwono i na taaaakiej wielkiej kartce odbijał swoje ręce! – opowiada z entuzjazmem Staś.

Beka przyjechała z Syrii, bo tam jest wojna. Razem z mamą i starszym bratem zamieszkali na osiedlu, tuż obok starego warzywniaka. Pani Maria, która prowadzi ten warzywniak od zawsze, powiedziała mamie Beki, że może przychodzić codziennie przed zamknięciem, to Pani Maria da jej trochę warzyw i owoców, z tych, co to się nie sprzedały. Pani Maria zawsze ma we włosach kolorową apaszkę, wpłata ją jakimś tajemniczym pokręconym sposobem w swoje długie siwe loki. Im bardziej kolorowa jest apaszka, tym bardziej Pani Marii się podoba. Teraz nosi z dumą syryjską, bo mama Beki dała jej jedną ze swoich.

Kakao ostygło już na tyle pod podmuchami Stasia i pana Henryka, że dało się w końcu wypić. Staś otarł rękawem bluzy mleczne wąsy pod nosem, po czym pobiegł do przedpokoju, żeby nałożyć buty. Słabo sobie jeszcze radzi ze sznurówkami, więc mama kupiła mu buty zapinane na rzepy i teraz Staś jest dumny, że zakłada swoje buty sam i to najszybciej ze wszystkich dzieciaków w przedszkolnej grupie.

– Idziemy? – oparł ręce na biodrach i wymownie spojrzał w stronę pana Henryka.

– Ależ oczywiście, Stasiu! – pan Henryk podniósł się z kuchennego stołka. – Pogodę mamy dzisiaj jak na zamówienie! Piękne listopadowe słońce.

Z salonu wychyliła się mama Stasia.

– Nie zapomniałeś o czymś? – zwróciła się do syna.

– Oooo, tak, moja flaga! – zawołał uradowany Staś wyjmując z ręki matki małą chorągiewkę w barwach narodowych.

– Wszyscy gotowi? – włączył się do rozmowy Szymon, tata Stasia.

Odpowiedział mu zgodny chór:

– Taaaaaak!!!

– Zatem na marsz ! – zakomenderował, a wszyscy posłusznie wytoczyli się na klatkę schodową.

Na ulicy włączyli się w tłum ciągnący w jednym kierunku. Wszyscy zmierzali na główny plac miasta, na którym zaplanowano uroczyste przemówienia, defiladę wojskową, a potem piknik z gorącą grochówką. Na rogu Pilskiej i Małej rozlokowała się kapela rockowa. „Janek Wiśniewski padł…”
ryczał do mikrofonu czarnowłosy wokalista, a bębniarz tłukł w gary z całych sił, jakby próbował go zagłuszyć.

Dwie ulice dalej, na skwerze, leży fragment wraku samolotu, przed nim palą się znicze, ludzie podchodzą, kładą kwiaty, pochylają głowy, zatrzymują się ze czcią, po czym idą dalej.

Przed budynkiem teatru rozłożyła się orkiestra wojskowa. Grają rotę. Dzieci biegają pomiędzy mundurowymi wymachując biało-czerwonymi chorągiewkami. Słońce przygrzewa. Dochodzi południe.

Wtem bicie dzwonów pobliskiej katedry oznajmia, że jest dwunasta. Wszyscy zatrzymują się tam, gdzie właśnie są i odśpiewują wspólnie hymn narodowy. „Jeszcze Polska nie zginęła…” wydobywa się z tysięcy gardeł. Mury pobliskich kamienic drżą od tego dźwięku. Nawet dzieci przestały ganiać i zatrzymały się u boku swoich rodziców. Gdzieś w tłumie mignęła Beka ze swoją mamą. W oddali powiewa tęczowa flaga. Obok kina grupa młodych chłopaków z wygolonymi głowami stoi na baczność i ryczy chyba najgłośniej ze wszystkich „póki my żyjemy!”. W rękach trzymają niebieskie proporce, każdy z dwunastoma złotymi gwiazdkami.

Na podwyższeniu sceny ustawionej przy pomniku powstańców warszawskich stoją obok siebie prezydenci: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Andrzej Duda. Obok nich większość premierów, którzy pełnili ten urząd po 1989 roku, nie wszyscy, bo niektórzy już nie żyją. Stoją wśród biało-czerwonych sztandarów.

Gromkie brawa rozbrzmiały po odśpiewaniu hymnu. Polacy bili brawo sobie i swojej Ojczyźnie.

– Chodź Stasiu, pójdziemy teraz do kościoła – powiedziała mama Stasia, ujmując chłopaka za rękę.

– Ale wrócimy jeszcze na piknik, mamo? – woła radośnie Staś.

– Wrócimy, wrócimy, synku. Wieczorem będą tańce, więc sama chętnie przyjdę – uśmiecha się rzucając zalotne spojrzenie w kierunku męża.

W kościele za ołtarzem koncelebrują wspólnie trzej biskupi: jeden z białą stułą, drugi w bogato zdobionej miskowatej mitrze, którą u góry wieńczy ikona i trzeci w mitrze w kształcie stożka, pokrytej jedwabiem i tkanej złotą nicią. Kiedy wspólnie konsekrują Ciało Pańskie, wszyscy w kościele przyklękają. Pan Henryk czuje ból w lewym ramieniu. „Oj, przewiało dziadka” – mruczy pod nosem. Ramię boli, ale inaczej niż od przewiania, raczej tak, jakby je ktoś szarpał.

– Henryk, na litość Boską! Wstawajże, ileż można spać! – pani Jadwiga poszturchuje męża w lewe ramię. – Kakao ci przygotowałam do śniadania.