Zawsze bawią mnie rozmowy o ciszy. Rozkręcają się zwykle wtedy, kiedy umówione milczenie się nie udaje. Grupa ludzi wyjeżdża na rekolekcje czy sesję medytacyjną w milczeniu, a po kilku godzinach okazuje się, że z milczenia nici. Uśmiechamy się do siebie, zagadujemy, czasem w sprawach całkowicie bzdurnych, po to, żeby pożartować, na przykład. Z czasem zaczynamy rozmawiać o tym, że mieliśmy milczeć i znów się nie udało…

Dlaczego się nie udaje?

Myślę, że powodów jest kilka. Po pierwsze, zachowanie milczenia w gronie znajomych osób naprawdę jest trudne. Zazwyczaj ciągle mamy sobie coś do powiedzenia. Dużo łatwiej wytrwać w ciszy w grupie ludzi, którzy się nie znają. Wtedy nic nam się nie przypomina na widok nadchodzącej z naprzeciwka osoby, nic nam się z nią nie kojarzy, więc łatwiej przejść obok pielęgnując w sobie ciszę.

Po drugie, zdarza się, że nie wszyscy i nie zawsze rozumieją, o co właściwie w tym milczeniu chodzi. Bo nie chodzi przecież o to, żeby po prostu nie mówić. Milczenie to nie jest niemówienie. Nie rozmawiasz z ludźmi wokół ciebie, ponieważ zwracasz się ku Bogu, na Nim skupiasz całą swoją uwagę i pozwalasz, by ogarnęła cię Jego Obecność. Dlatego nie tylko nie mówisz, ale w ogóle nie marnujesz energii na uśmiechanie się do towarzyszących ci osób, na pozdrawianie ich, usługiwanie im przy stole itp. Jednocześnie zachowujesz uważność na to, co się wokół ciebie dzieje. Faryzeizmem byłoby przejść obojętnie obok kogoś, kto właśnie potknął się na nierównym trawniku i skręcił nogę w kostce. Widzisz co się wokół ciebie dzieje, włączasz się w to, kiedy jest to konieczne, ale uczysz się tego, by nie dać się tym wydarzeniom szarpać na lewo i prawo, nie pozwalasz, by one tobą rządziły. Uczysz się ustanawiać priorytety w swoim życiu. Uczysz się rozpoznawać to, co cię rozprasza i ustawiać to na właściwym miejscu. Uczysz się kierować swoim własnym życiem.

Czasem słyszy się w kościele, że Bóg powinien być na pierwszym miejscu w naszym życiu. Otóż nie. Pierwsze miejsce to dla Niego zdecydowanie zbyt mało. Na pierwszym miejscu jest twoja rodzina, żona, dzieci, rodzice, dalej przyjaciele – zawsze ludzie. Potem praca, obowiązki poza pracą, w tym domowe, dalej inne zajęcia, zobowiązania, przyjemności. Miejsce Boga jest natomiast u podstaw tego wszystkiego. U podstaw każdej twojej myśli, zajęcia, czynności. To jest właściwe miejsce dla Boga. Pan Bóg powinien być fundamentem twojego życia. W Drugiej Pieśni Sługi Jahwe prorok opowiada o tym, że Bóg powołał go już w łonie matki, a on całkowicie poddał się woli Bożej, całe swoje życie poświęcił na to, by przyprowadzić z powrotem do Boga pogubionych z ludu Izraela. Wie, że spełnił, co mu zostało zlecone, dlatego mówi, że wsławił się w oczach Pana, a Bóg stał się jego siłą. I co słyszy w odpowiedzi na te słowa? Że to za mało! Bóg chce więcej. Chce posłać swego Sługę również do pogan, a nie tylko do ludu Izraela. (por. Iz 49, 1-7) To się wydaje nie do pojęcia. Jedyny Bóg jest przecież Bogiem Izraela.

Co ma wspólnego miejsce Boga w naszym życiu z ciszą?

Bardzo wiele, jak sądzę. Jeśli Bóg jest w twoim życiu na właściwym miejscu – nie na pierwszym, tylko jest absolutną podstawą całego twojego istnienia – wówczas ciszę masz w sobie. Nienaruszalną. W jednym ze swoich listów Starzec Jan z Wałaamu pisze: „W czasie pracy i przy ludziach staraj się umysłem stać przed Bogiem, tj. pamiętać o Nim, pamiętać, że tu jest”. Ot, i wszystko. Warto zauważyć, że Starzec Jan mówi: staraj się. Zaraz jednak dodaje: „Nie odważamy się prosić Pana o nieustanną i umysłową modlitwę, do jakiej dążysz. Stan taki osiągają jedynie nieliczni, wśród tysięcy, kto wie czy znajdziesz jednego człowieka”. Droga niemożliwa? Tak, w pewnym sensie. Ale czy bez sensu w takim razie jest na nią wchodzić? Na pewno nie. Zapominamy czasem, że oprócz naszych starań w modlitwę wkracza Duch Święty i to od Niego w dużej mierze zależy ile będzie nam dane. A dla Boga przecież nie ma nic niemożliwego.

Ciszę trzeba mieć w sobie. Diadoch z Fotyki daje w Filokalii piękną lekcję na ten temat. „Zawsze kierujemy spojrzenie w głąb swego serca, zachowując nieustanną pamięć o Bogu. Przez życie ziemskie lubiące pozory przechodźmy jakby niewidomi. Prawdziwa mądrość duchowa wiedzie bowiem do tego, że przestaje mieć znaczenie przywiązanie do rzeczy widzialnych. I tego właśnie uczy nas także w swym wielkim doświadczeniu Hiob, kiedy mówi: niech za mymi oczyma nie idzie moje serce”.

Tak, niech moje serce nie podąża za moimi oczami.

Poskrom umysł. W końcu to on należy do ciebie, a nie ty do niego. Swojej woli przyjrzyj się dobrze, temu co chcesz naprawdę i temu, co jest zachcianką. Poustawiaj to w odpowiedniej hierarchii. I zawsze, w każdej chwili dnia pamiętaj o Bogu, to znaczy o tym, że On tu jest.

Wtedy ciszę będziesz mieć w sobie. I wtedy będziesz mógł pojechać na rekolekcje w milczeniu, na których milczenia będzie niewiele, i wrócisz z nich z nienaruszonym pokojem w sercu.