A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu.  (Mt 27, 51-53)

 

W chwili, gdy Jezus umiera na krzyżu, zasłona w świątyni jerozolimskiej rozdziera się z góry na dół. Nie tak łatwo było rozedrzeć tę zasłonę. Była mocnym suknem, ciężka, gęsto tkana, bogato zdobiona. Przedstawiono na niej niebo. Tradycja mówi, że żydowscy kapłani wybrali siedem dziewic z pokolenia Dawida, by utkały to sukno. Wśród nich miała być Maria, późniejsza Matka Jezusa. Podobno to właśnie przy tkaniu świątynnej zasłony zastał Marię Archanioł Gabriel, kiedy pojawił się, by oznajmić jej, że urodzi dziecko, które pocznie się bez udziału mężczyzny, a będzie Synem Najwyższego. Piękna, ciężka tkanina, której funkcją było oddzielać. Oddzielać to co święte, od tego co nie bardzo święte.

Zasłona oddzielała część świątyni nazywaną „Święte Świętych”. Pomieszczenie bez okien, o powierzchni ok. 120 metrów kwadratowych, w którym kiedyś przechowywano Arkę Przymierza z tablicami Dekalogu. Pamięć narodu o przymierzu, jakie zawarł z nim Bóg. W czasach ziemskiego życia Jezusa Arki nie ma już w świątyni. Ale jest zasłona, która nadal oddziela Święte Świętych. Miejsce, do którego nikt nie mógł wejść, nikt z wyjątkiem arcykapłana, a nawet on mógł to uczynić tylko jeden raz w roku. Wchodził tam w święto Jom Kipur, żeby złożyć ofiarę kadzenia. Miejsce okryte grubą warstwą kurzu, ciemne, samotne. Miejsce przeznaczone na mieszkanie dla Boga.

To oddzielenie Miejsca Najświętszego nabiera jeszcze mocniejszego wydźwięku, jeśli się pamięta, jak była zbudowana świątynia w Jerozolimie. Najpierw plac otaczający ze wszystkich stron samą świątynię, zwany dziedzińcem pogan, ponieważ wolno tam było wchodzić wszystkim – wierzącym i niewierzącym, kobietom i mężczyznom. To jest właśnie to miejsce, gdzie Jezus wpada w szał i rozpędza handlarzy sprzedających zwierzęta ofiarne. Pośrodku placu stoi Przybytek. Ale żeby się do niego dostać, trzeba jeszcze pokonać trzy kolejne tarasy. Pierwszy, ten najbardziej oddalony od samego Przybytku, to dziedziniec kobiet. Tam mogą wchodzić już tylko Żydzi – mężczyźni i kobiety. Kolejny taras jest już tylko dla żydowskich mężczyzn, kobiety pozostają piętro niżej. Dalej wchodzą wyłącznie kapłani, bo na kolejnym tarasie znajduje się ołtarz ofiarny, na którym zarzynają zwierzęta. Za nami dziedziniec pogan i trzy kolejne piętra, a świątynia dopiero przed nami. Przybytek, Miejsce Święte, do którego wolno było wejść tylko kapłanom. A jeszcze dalej, za zasłoną, Święte Świętych – przestrzeń, w której mieszka Bóg, dostępna raz w roku wyłącznie dla arcykapłana, oddzielona zasłoną nawet od samej świątyni. Ileż człowiek wybudował pięter, schodów i murów separujących go od Boga!

I to właśnie ta zasłona rozdziera się w chwili śmierci Jezusa na krzyżu. Bóg ma już dość odizolowania! Tak długo czekał, by otwarto do Niego drogę! Zasłona, potężny znak oddzielenia runął, ponieważ Bóg jest Emmanuelem – Bogiem z nami i chce być rzeczywiście blisko człowieka. Stało się to możliwe, bo wśród ludzi znalazł się jeden, który uwierzył Bogu naprawdę, zrozumiał i ukochał jak On. Ukochał człowieka jak tylko Bóg może ukochać, bezwarunkowo i bezgranicznie. Tak bardzo, że pozwolił się skatować i zamordować tym, którzy myśleli inaczej, tym którzy nie uwierzyli, że są naprawdę kochani, tym, którzy odizolowali Boga od człowieka, żeby człowiek swą nieczystością Boga przypadkiem nie skalał. Nie uwierzyli, że Bóg nie potrzebuje dziesiątek ton zabijanych zwierząt i hektolitrów ich krwi, ale chce być po prostu kochany. Nic więcej. A nie da się kochać przez mur. Do tego trzeba być blisko.

Świątynna zasłona przedstawiająca niebo rozdarła się. Niebo jest otwarte! Naprawdę, nie budujmy kolejnych murów, które miałyby nas „nieświętych” od Boga oddzielić. Nie budujmy, bo nie potrzebujemy tego robić. On tego nie chce. Jesteśmy święci dopóki jesteśmy blisko Boga. Każdy mur nas od Niego oddala, na każdym z tych murów tracimy cząstkę naszej świętości. Sami sobie to robimy nie wierząc, że jesteśmy kochani takimi, jakimi jesteśmy. A jeszcze łatwiej niż sobie samym przychodzi nam robić to drugiemu – tak łatwo jest powiedzieć, żeby trzymał się z daleka, bo niegodzien się zbliżyć. Ty zły, niedobry, grzeszniku.

Trudno nam przychodzi uwierzyć Bogu. To brak wiary w to, że nas kocha oddala nas od Niego. Wymagamy od siebie dużo więcej, niż On sam od nas oczekuje. Nakładamy na siebie ciężary, których nie jesteśmy w stanie unieść. Uważamy się wciąż za zbyt mało doskonałych, jeszcze z tyloma wadami, z tyloma grzechami, jeszcze tak bardzo nieidealni. A kto ci powiedział, że masz być idealny, perfekcyjny? Cóż to w ogólne znaczy: idealny? Powiedziano ci, że masz być jak Bóg. A Bóg to żyjąca Miłość.

Uwierzyć, że jest się ukochanym i odwzajemnić to ukochanie. Uwierzyć, że niebo jest otwarte i śmiało pójść w jego stronę. Tylko tyle. Aż tyle.