„Kler” Wojciecha Smarzowskiego to dla mnie film o ludziach, o ludzkich dramatach, o samotności, wódzie, gnojstwie, o tym, że zło w świecie zawsze ma jakieś imię – ktoś je komuś wyrządza, uruchamiając – świadomie czy nie – spiralę zła. To film, który pokazuje, że rzadko – jeśli w ogóle – zdarzają się nam w życiu sytuacje czarno-białe, a ludzie są albo dobrzy albo źli. Zazwyczaj jednak jest szarawo, my jesteśmy szarawi, ja jestem. Wierzę, że większość z nas jest dobrymi ludźmi. Co nie zmienia faktu, że czasem popełniamy zło, krzywdzimy siebie albo kogoś innego. Czasem wybory, których dokonujemy są trudne i tylko my sami wiemy, jak bardzo trudne. Ktoś patrząc z boku może ocenić naszą decyzję jako złą i chcieć nas za nią linczować. Gdyby znał nas lepiej, być może spojrzałby na to, co robimy z nieco większym zrozumieniem. Zło pozostaje złem. Jeśli je popełniamy, ponosimy za nie odpowiedzialność. To jest jasne. Chodzi mi natomiast o to, że bardzo często krzywdzicielem jest ten, który wcześniej sam został skrzywdzony. Chyba nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć o sobie, że nigdy nikomu nie wyrządził żadnej krzywdy. W tym sensie, uważam, że wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni za zło w świecie. Smarzowski pokazuje ten mechanizm w swoim filmie bardzo dobrze. Być może właśnie dlatego wychodzimy z kina milcząc.

Nie będę się odnosić do obrazu kościoła, jaki pokazuje nam „Kler”, bo nic mnie w tym obrazie nie zaskakuje. Wszystko to o kościele wiem – z własnego doświadczenia, z opowieści znajomych lub z mediów. Kościół taki jest i – moim zdaniem – nie ma co na ten temat dyskutować. Czy mnie to gorszy? Nie. Boli mnie to, ale nie gorszy.

„Kler” nie jest filmem dokumentalnym, to jest fabuła, historia wymyślona. Ale to jest fabuła zrobiona w sposób bardzo dobry, bardzo dobrze osadzona w realiach, oddająca klimat zarówno wielkomiejskiej kurii jak i biednej wiejskiej parafii. No i genialna gra aktorska. Wszystko to sprawia, że gładko wchodzę w tę opowieść, nic mi tutaj nie zgrzyta.

Historie czterech księży, z których tylko jeden nie wzbudza we mnie żadnej sympatii – biskup Mordowicz, grany przez Janusza Gajosa. To jest typ od początku do końca bezrefleksyjny, odporny na wszelkie dylematy moralne. Tak go odbieram.

Trzech pozostałych księży, to już bardzo ciekawe, zupełnie nie jednowymiarowe postaci.

Ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz) mieszka na wiejskiej plebanii. Jest sam, tak bardzo sam, że nie dziwi mnie specjalnie, kiedy się okazuje, że pije, i to ostro. Plebania wygląda zresztą jak mieszkanie alkoholika – w lodówce wódka i serek topiony. Ksiądz Trybus wdaje się w romans, z którego poczyna się dziecko. Dobrze widać w filmie, że ta sytuacja dużo go kosztuje. Miota się – najpierw chce, żeby Hanka (Joanna Kulig) dziecko usunęła, potem pędzi za nią na łeb na szyję na Słowację, żeby wyciągnąć ją ostatecznie z kliniki aborcyjnej. W końcu decyduje się odejść z kapłaństwa i zostać z Hanką, jej córką i dzieckiem, które dopiero się urodzi. Wszystko to okupione jest nerwami, dylematami, strachem – Więckiewicz oddaje to bardzo dobrze. Mam potępić księdza Trybusa? Przepraszam, ale nie potrafię. Owszem, został księdzem, co wiąże się z życiem w celibacie. I nie udało mu się wytrwać. To źle? Oczywiście, że źle. Ale szanuję go za to, że w końcu, w pogmatwanej sytuacji, do której sam doprowadził i za którą jest odpowiedzialny – podejmuje męską decyzję, żeby zaopiekować się rodziną, którą założył. Dla mężczyzny po 40-tce, który nigdy nie pracował zawodowo, raczej nie ma wielkich oszczędności i – poza znajomością na pamięć Pisma Świętego – nie bardzo może się pochwalić jakimiś umiejętnościami, nie jest to łatwa decyzja. Nie pochwalam tego, że jako ksiądz wdał się w romans i spłodził dziecko. Szanuję go za to, że bierze za to odpowiedzialność, za to, że nie tkwi w nieskończoność w hipokryzji i podwójnym życiu – księdza i męża-ojca jednocześnie.

Ksiądz Leszek Lisowski (Jacek Braciak) to kolejna niejednoznaczna postać w filmie Smarzowskiego. Przez długi czas poznajemy go głównie jako zimnego drania, który jest wysoko postawioną osobą w kurii i nie ma dla niego rzeczy nie do załatwienia. Ksiądz-biznesmen, ustawia milionowe przetargi, płaci łapówki, wszędzie ma znajomości, wielu ludzi coś mu zawdzięcza, więc może się do nich zwracać o przysługi. Postać chłodna, kamienna twarz, bez emocji. Lisowski zachowuje się jak mechaniczny człowiek – telefon w środku nocy? Po prostu odbiera go, wstaje i wychodzi załatwić, co trzeba. Jest taki, do czasu wizyty w bidulu, w którym kiedyś sam się wychowywał. I to jest dla zrozumienia tej postaci, moim zdaniem, kluczowy fragment filmu. Lisowski przyjeżdża do bidula, żeby doprowadzić do sprzedaży chłopca niemieckiej rodzinie. Mamy tu więc handel dziećmi, absolutne dno moralne, można by powiedzieć. Poza tym, przestępstwo. Tylko, że kiedy Lisowski siada na swoim łóżku z czasów dzieciństwa oglądamy na ekranie jego wspomnienia. Lisowski płacze. I pewnie niejeden widz w kinie też. Okazuje się więc, że nie jest to człowiek wyzuty z emocji, tylko człowiek tak głęboko zraniony, że swoje emocje ukrył, szczelnie opakował, tak, żeby już nikt więcej go nie zranił. Handluje dziećmi z tego bidula. Widzieliście, jak się w tym bidulu żyje? Naprawdę uważacie, że to moralnie jednoznaczna sytuacja? Tak, to prawda – nie wolno handlować dziećmi. A wolno pozwolić, żeby żyły w takich warunkach?

Kiedy oglądałam „Kler”, od jakiegoś momentu zaczęłam czuć się współodpowiedzialna za to, co widzę na ekranie. Nie filmowo, oczywiście, tylko w realu. Bo kiedy z ust filmowego księdza słyszę, że kościół to niby wspólnota, a nie ma do kogo gęby otworzyć, to biorę to trochę jednak do siebie, bo wiem, że tak faktycznie jest. Ja też w tym kościele jestem i może mogłabym być nieco bardziej dla innych, choćby po to, żeby mieli do kogo gębę otworzyć. O warunkach życia w niektórych bidulach nie wspomnę.

Postać księdza Andrzeja Kukuły (Arkadiusz Jakubik) też nie jest czarno-biała. To nie jest tak po prostu zły pedofil i już. Smarzowski pokazuje dramat tego księdza na wiele sposobów. Widzimy, jak Kukuła siedzi w wannie i zawiesza się w jakichś traumatycznych wspomnieniach. Potem poznajemy te jego wspomnienia, kiedy opowiada o nich z ambony swoim parafianom. Widzimy jak ludzie, którzy chwilę wcześniej chcieli go zatłuc siekierami, teraz płaczą i siedzą skamienieli w kościelnych ławkach. Kukuła skrzywdził ministranta? Tak. Ale jego też ktoś kiedyś skrzywdził. Czy to go usprawiedliwia? Nie. To po prostu każe mi myśleć: przerwij ten łańcuch zła, nie krzywdź ludzi.

Apogeum jest ostatnia scena filmu, kiedy ksiądz Kukuła oblewa się benzyną i podpala się w tłumie wiernych obecnych na nabożeństwie. Sami katolicy wokół. I nikt mu nie pomaga. Wszyscy miotają się dookoła jak obłąkani, aby w końcu odsunąć się na bezpieczną odległość i patrzeć jak płonie człowiek. Ta scena jest nakręcona w taki sposób, że ja siedząc w kinowym fotelu, zaczynam się czuć jak uczestnik tego tłumu, który patrzy na płonącego człowieka. Wy nie?

Stąd moja refleksja po „Klerze” Smarzowskiego jest taka:

Nigdy nie baw się w Pana Boga, nie osądzaj drugiego człowieka, bo nie wiesz, co w nim do końca siedzi. Osąd zostaw Panu Bogu. Jest za to wiele innych rzeczy, które możesz zrobić.