Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» Jezus mu odpowiedział: «Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie».

Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Lecz On mu odparł: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych».

Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień». Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego».

Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon».  Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz». Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. (Mt 3, 13 – 4, 11)

 

To fragment z Ewangelii Mateusza, który w liturgii czytany jest zwykle w dwóch oddzielnych odsłonach – osobno wspomnienie o chrzcie Jezusa w Jordanie i osobno historię o kuszeniu na pustyni. Gdyby je jednak przeczytać jako całość, tak, jak po sobie u Mateusza następują, rodzi się pewna myśl.

Podczas chrztu Jezusa w Jordanie wydarzyło się coś ważnego. Coś, co Jezusem wstrząsnęło, coś z czym musiał się zmierzyć, poukładać to sobie. Usłyszał tam słowa: „Ten jest mój Syn umiłowany”.

Syn? Syn Boga?

Musiał z tym wyjść na pustynię, gdzieś, gdzie będzie mógł być sam, gdzieś, gdzie będzie mógł spokojnie pomyśleć, zmierzyć się z tym, co usłyszał, poukładać to sobie. Syn Boga?

Zajęło Mu to 40 dni. Czyli długo. Tyle, ile było trzeba. Może niekoniecznie 40 dni – wiadomo, liczba symboliczna. 40 lat szli Izraelici przez pustynię po ucieczce z Egiptu, żeby przed wejściem do ziemi obiecanej zdążyło wymrzeć całe pokolenie. Do nowej ziemi miał wejść nowy lud, odnowiony, stary musiał umrzeć. Jezus jest sam przez 40 dni – czyli tyle, ile potrzebuje, żeby uwierzyć temu, co usłyszał.

Potem wkracza diabeł. Jeszcze próbuje coś ugrać. „Jeśli jesteś Synem Bożym…”. Uderza w najsłabszy punkt. Dokładnie tam, gdzie przed chwilą kłębiły się wątpliwości, jeszcze zresztą nie całkiem rozwiane.

– Naprawdę? Jesteś Synem Bożym? Nieee, no, proszę… Synem Bożym?

To jest pokusa skierowana do tożsamości. Jeśli okaże się skuteczna, zniweczy wszystko, cały plan zbawienia, wszelkie nadzieje na przetarcie na nowo szlaku do nieba. Szlaku, który nigdy nie będzie szerokim traktem, ale jednak będzie. Ot, taka ścieżka na szerokość belki, jednej belki krzyża.

– Jesteś Synem Bożym? Zatem rzuć się w dół! Przecież jest napisane, że aniołom swym rozkaże, aby Cię na rękach nosili. No, dalej, rzuć się!

– Nie muszę. Odejdź. Ja już wiem, kim jestem.

 

A ty kim jesteś?

Dzieckiem Bożym? Nieee, no naprawdę?